poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Tydzień na Bornholmie



Sytuacja taka miała miejsce do roku przełomowego w kalendarzu, czyli 2001. Powiedziałem wtedy sobie, że sam zarobię pieniądze i kupię rower, którego jedyną bolączką będzie mało powietrza w oponach po dłuższym czasie nieużywania i rozwiążę to za każdym razem za pomocą... pompki do roweru. Podłapałem więc trochę dorywczych prac i tak oto kupiłem sobie Schauff`a na 26 calowych obręczach… To jeszcze te marne zdjęcia – klisza i scan
… sorry…














Schauff w graciarni
















Mam go w rodzinie do dziś, choć odsprzedałem tatusiowi :), który ciągle go sobie chwali… Zacząłem testować rower po niemieckich przygranicznych drogach, do których dojeżdżałem leśnymi ścieżkami. Nareszcie nic nie skrzypiało. Sprzęt był po prostu cudowny. Potem jeszcze parę dorywczych prac się trafiło i tak w czasie wakacji miałem już tyle lat, że mogłem swobodnie pojechać tam, gdzie nie pozwolono mi jechać kilka lat wcześniej, czyli na Bornholm. Pytałem każdego, ale albo ktoś nie miał pieniędzy albo roweru. Skoro ja miałem jedno i drugie, mogłem śmiało się realizować i wtedy okazało się, że tak naprawdę lubię jeździć sam… Nikt nie lubi jeździć z kimś, kto rwie jak idiota, a poza tym tempo mam swoje, przystanki robię tam, gdzie chcę, na nikogo nie czekam, itp… Był co prawda kiedyś ktoś, kto raz wybrał się ze mną na wyprawę, ale po tym razie już odpuścił… nie wiem dlaczego… Oczywiście wszystko do czasu, ale o tym później…

W każdym razie, Bornholm to był przełom i nastąpiło to w roku 2002. Schauff został doposażony w plastykowy pojemnik zachodzący na tylne koło, mieszczący wszystko, co potrzebne i niepotrzebne. Nie chciałem bagażnika, więc nie zdecydowałem się na sakwy. Głupi człowiek był wtedy ze mnie i nie chcę do tego wracać, bo dziś sakwiarz ze mnie pełną gębą.

Wspomniany pojemnik na cały ekwipunek. Jak ja się tam zmieściłem...?















Zabrałem namiot, śpiwór, butlę z gazem, parę konserw i mapę. Wcześniej przeczytałem o wyspie wszystko, co było możliwe i pociągiem zabrałem się do Świnoujścia. Tam przenocowałem, a rano na prom Polonia i na wyspę. 6 godzin nudy później, zjechałem z promu i byłem na duńskiej ziemi. Ponieważ miałem nowy rower, nie miało prawo się nic zepsuć… Oczywiście, że miało, ale nie zabrałem ze sobą nic! Klucza, łatki, pompki… niczego, czy mógłbym ewentualnie coś naprawić… udało się, ale nie polecam tak postępować. Jak pisałem powyżej… trochę zmądrzałem od tego czasu…!


 
Kilkanaście minut później znalazłem pole namiotowe. Nazywało się chyba Svaenegaard i znajdowało się jakieś dwa kilometry od ścisłego centrum stolicy wyspy, Rønne. Kiedy gość wyliczył mi ile będzie kosztować mnie 6 dni pobytu, powiedziałem, że sprawdzę ceny na innym polu i najwyżej wrócę. Udałem się więc do Hasle, jakieś 10km na północ, ale tam okazało się jeszcze drożej… Czytałem, że na Bornholmie im dalej na wschód tym drożej, co w tamtych czasach było prawdą… okazało się, że także im dalej na północ, tym trzeba głębiej sięgać do kieszeni… Wróciłem zatem do Rønne na wspomniane pole namiotowe, rozbiłem namiot, otworzyłem piwo i rozkoszowałem się tamtym miejscem. Byłem na miejscu, doświadczając pewnego przełomu, o którym wówczas nie zdawałem sobie sprawy. Co najważniejsze… mojego rowerowego przełomu!


Rønne
Oznakowanie godne naśladowania... tak przynajmniej wyglądało w 2002r...

 Zwiedzanie tej przepięknej wyspy najlepiej rozpocząć od zachodu, jeśli wybrało się pole namiotowe w Rønne na południowym zachodzie i poruszać się na północ, a potem coraz dalej na wschód. Dzięki temu można ocenić swoje siły i ocenić, na ile jest się w stanie oddalić od miejsca noclegowego. Minusem jest to, że codziennie przejeżdża się koło tych samych miejsc rozpoczynając i kończąc każdą wyprawę, ale na to nic się nie poradzi. Można lepiej za to poznać wszystkie trasy i w razie czego kombinować, żeby w kółko tymi samymi nie jeździć. Najważniejsze, że zapuszczamy się dalej i dalej w głąb wyspy, a jest co zwiedzać.

Po drodze do Aakirkeby
 
Cały teren jest bardzo zróżnicowany, od równin przez pola rolnicze, skaliste klify aż do zupełnie płaskiej piaszczystej plaży. Zdziwiło mnie ile dróg jest w samych lasach. Liczyłem bardziej na ścieżki rowerowe-asfaltowe tuż koło głównych dróg dla samochodów. Tymczasem dużo można pośmigać w lesie, gdzie oznakowanie jest czytelne. Piszę to wszystko z perspektywy roku 2002. Ponieważ dzisiaj mamy jakieś 14 lat później, Bornholm nieco się zmienił. Jest więcej atrakcji do zwiedzania, jakieś muzea itp. Ja odwiedziłem tylko zamek Hammershus i muszę powiedzieć, że pojechałem tam pojeździć, a nie oglądać gabloty, czyli nie brakowało mi specjalnie atrakcji… Wspinałem się na klify...

Rejony Sandvig Alinge na północy wyspy
 








...i poleżałem na plaży, czasu na wszystko było aż nadto. Każdą trasę objechałem przynajmniej dwa razy. Ponieważ nikt mnie nie zatrzymywał, że za szybko. Mijałem tylko innych rowerzystów, delektując się prędkością. Osiągnąłem wówczas mój rekord życiowy (do niedawna) na rowerze, jeśli chodzi o prędkość. Nie jadąc za żadnym samochodem, w żadnym tunelu aerodynamicznym rozpędziłem Schauff`a do 64 km/h. Tego dnia padł tez pierwszy rekord długości jazdy. Było to 115km w ciągu całego dnia, czyli około 7 godzin jazdy. Nic wielkiego. Dzisiaj setka „pęka” w 4,5h, tyle że bez przerwy na zwiedzanie, leżenie na plaży itp. Średnio robiłem ok. 80km dziennie, bez specjalnego ciśnienia. W ciągu 6 dni przejechałem w sumie 473km. Schauff zdał test pomyślnie, aż do powrotu, kiedy to zdarzyła się drobna usterka, ale o tym później. Ogólnie był to pierwszy miesiąc użytkowania mojego nowego roweru. Miesiąc, który równał się 1000 zrobionych kilometrów. 
Chyba nie do powtórzenia, zwłaszcza, że wszystko robione bez ciśnienia, samo z siebie…

2 komentarze:

  1. Cześć. Fajnie, że postanowiłeś założyć bloga, na pewno będzie źródłem informacji dla tych, którzy chcą się czegoś dowiedzieć:) Ja zakładałam bloga zainspirowana swoją pierwszą wyprawą rowerową-ale stworzyłam go tak zupełnie dla siebie, sądziłam, że i tak nikt nie będzie tego czytał, że ma on raczej stanowić pewną formę e-pamiętnika dla samej siebie. Tymczasem dostaję sporo maili od fanów rowerów, pojawiają się komentarze na blogu, po statystykach widzę też, że trochę ludzi do mnie zagląda. Oczywiście pewnie nigdy nie będę tak popularna jak np. Łukasz z Rowerowych Porad itp., ale cieszy mnie, że jest jak jest, bo i tak zainteresowanie blogiem przerosło moje oczekiwania. Przyznam jednak, że czasem tracę chęci na pisanie bloga, bo stwierdzam, że tyle tej tematyki jest w internecie, że tylu popularnych blogerów działa w sieci, że wszystko co rowerowe zostało już opisane po kilka razy, że moje teksty nie wniosą nic nowego i że to nie ma sensu. Ale lubię pisać,nawet bardziej niż rozmawiać;) i dlatego jeszcze od czasu do czasu coś naskrobię na blogu;)Poza tym jest to jakiś sposób na utrwalenie przemyśleń, przeżyć, wspomnień:) A być może przy okazji komuś na coś się przyda;)
    Z pozdrowieniami
    Basia ;)
    ps. o Bornholmie myślałam już w zeszłym roku, no ale jednak się nie wybrałam. A słyszałam, że warto. Powodzenia w pisaniu bloga!:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzięki! :) Łukasz z "Rowerowych Porad" ma przede wszystkim bloga praktycznego. Uwagi zamieszcza trafne i można się wiele rzeczy dowiedzieć. Sam często odwiedzam te strony. Ja - podobnie jak Ty - tworzę bardziej kronikę z wypraw. Może nie ma się czym chwalić, bo gdzie ludzie nie jeżdżą... ale dla mnie osobiście jest to ważne osiągnięcie, bo niektórzy mają rower od zawsze... i czekają aż ich dzieci podrosną, żeby już był dla nich dobry:) Pozdrawiam! Maciej.

    OdpowiedzUsuń