poniedziałek, 3 września 2018

Wycieczka do Penkun

     Kiedy za oknem zelżało (w kontekście temperatury), postanowiłem odwiedzić teren, który z dziwnych przyczyn jeszcze nie został przeze mnie odwiedzony. Celem wycieczki stało się miasteczko Penkun. Schemat był klasyczny, czyli autem na granicę, a potem rower i kierunek na południe. Szybko dojechałem do Schwennenz, które dotychczas znane mi było tylko z tego, że stanowiło ostatni punkt wycieczek, bo zaraz za nim jest granica z Polską. Tym razem było początkiem jazdy. Następne w kolejności Ladenthin zaciekawiło mnie dwiema rzeczami. Pierwsza to buda dla psa… na środku stawu. Pomysł dosyć niespotykany, ale jeśli się sprawdza i służy psu, to czemu nie…
    
     Druga kwestia, to głaz tuz przy drodze, z naszkicowaną mapką pogranicza. To chyba jakaś pamiątka na poczet transgranicznej współpracy. Po kilku fotkach głazu, pojechałem dalej główną drogą. Wzdłuż drogi rosły jabłonie z całkiem słodkimi owocami. Dalej były śliwy… Można się zdrowo najeść… za darmo. Kiedy minąłem niemiecki radiowóz trochę się zdziwiłem, ale dalej było jeszcze ciekawiej. Po wjeździe na górkę, nie wiedziałem kiedy znalazłem się z powrotem w kraju. Policja stała na linii granicznej, ale ani znaku, ani słupka… nic tam nie było, co by świadczyło, że opuściłem terytorium Niemiec. Zawróciłem więc szybko i odnalazłem ciekawą drogę rowerową wśród pól, która prowadziła do Pomellen. Tą wioskę znałem tylko z obecności pobliskiej kopalni piasku. Szybko jednak stamtąd wyjechałem, bo była w mojej ocenie najokropniejszą i najbardziej zaniedbaną wsią, jaką do tej pory widziałem w całej Meklemburgii. Godny zrobienia zdjęcia był tylko kościółek z dzwonem obok. Dosyć nietypowy, bo bez wieży. Kilka podobnych jeszcze napotkałem na trasie. Musieli budować je w podobnym okresie, bo charakteryzują się właśnie brakiem wieży, a dzwon stoi obok budowli.
     Następna wieś po drodze, to Nadrensee, z uroczym jeziorkiem Dammsee. Informuje o tym znak-łuk z nazwą jeziora. Jak patrzyłem po zdjęciach wycieczek osób, które były tam dawniej, znak stał na pomoście, który wychodził nieco nad wodę jeziora. Teraz pomostu już nie ma, a znak przesunięto na ląd. Za Nadrensee rozciąga się droga na Krackow. Jadąc wśród otaczających pól można zauważyć wiele mniejszych zbiorników wodnych. Patrząc na mapę, wydaje się ich tam naprawdę dużo. W rzeczywistości to małe, dzikie stawy. Nie sądzę, żeby ktoś korzystał z nich w kontekście rekreacji. Po drodze daje się także zauważyć obecność Polaków. Dużo jest gospodarstw, gdzie reklamują swoje biznesy. To m.in. warsztaty samochodowe lub rękodzieła. Jadąc tamtędy samochodem tak bardzo tego nie widać. Rower i jego prędkość daje możliwości, żeby przyjrzeć się dokładniej okolicy J
     W Krackowie ciekawe do zwiedzenia może być muzeum starych samochodów. Sam co prawda nie byłem, ale czytałem kilka pozytywnych opinii, że warto. Nie zatrzymywałem się jednak na dłużej, bo w tym miasteczku byłem już dłużej przy innej okazji. Skierowałem się więc na Penkun.
     Czekał mnie przejazd pod Autostradą, prowadzącą w kierunku Berlina, a potem już cel wycieczki. Penkun okazało się uroczym miejscem. Naprawdę mi się tam podobało. Miasto tworzą ulice i kamienice. Jakby dołożyć trochę kolorów, byłoby jak w Ystad na starym mieście. Może z jedną małą różnicą – w mieście nie spotkałem żywego ducha. Nie wiem, gdzie są ci ludzie, ale na ulicach ich nie było…
     W Penkun obowiązkowym punktem do zwiedzenia jest Freilichtmuseum, przedstawiające osadnictwo niemieckie, chyba z XIIw. To kawałek terenu z chatami, szopami, studniami itp. Całkiem ciekawa sprawa. Drugi punkt to zamek. Jest on częściowo odrestaurowany, ale mówiąc szczerze, nie wygląda obiecująco. Wielu może się ze mną nie zgodzić. Jednak wjeżdżając na zamek od strony jeziora, napotykamy na rozsypujący się budynek folwarku. Wjeżdżając na dziedziniec trzeba uważać na rozbite szkło. Jest to nieco zaniedbany teren. Dopiero od strony odnowionej ściany zamku, jakoś to wygląda. Do środka nie wchodziłem, a szkoda. Na pewno zrobię to następnym razem. Jest tam muzeum z mnóstwem starych eksponatów codziennego użytku. Chwilę jeszcze pokręciłem się po Penkun i musiałem szybko zawracać, bo chmura deszczowa nadchodziła szybciej niż prognozowano.
    Powrót do granicy to walka z deszczem w twarz. Nie pamiętam, kiedy 25km pokonałem tak szybko. Nikogo na ścieżce nie było, a prędkość dochodziła do 34km/h na prostej. Jak na rower trekkingowy z sakwą na bagażniku i kierownicy całkiem nieźle J Dopiero w Leben przestało padać, a tuż przy granicy zrobiło się całkiem ładnie.
     Wycieczka była innowacyjna jeszcze pod jednym względem. Odbył się bowiem pierwszy w moim rowerowym życiu test jazdy z lusterkiem. Jak jeżdżę tyle lat, nigdy jakoś nie trafiłem na rower z lusterkiem. Sam też nie zabiegałem, żeby takowe zamontować. Wreszcie zdecydowałem się na mały gadżet. Powiem szczerze, że zastanawiałem się na początku jak szybko je zdejmę. Jednak po kilkuset metrach jazdy zmieniłem zdanie. Bajka! Czasem nawet byłem o mały włos od wjechania do rowu, bo zamiast na drogę, zapatrzyłem się w lusterko, co tam za mną jechało... Po opanowaniu tej sztuki, było już nieco lepiej.
     Podsumowując... fajna trasa i fajne miasto docelowe. Na kilkugodzinny spacer polecam! Mimo, że mapa tego nie pokazuje, wyszło mi 66km. Pewnie dlatego, że kręciłem się po Penkun.
                                       Na koniec ślad dzięki uprzejmości Google Maps…


































piątek, 17 sierpnia 2018

Wycieczka do 1000-letniego dębu



     Wolny dzień w środku tygodnia i przerwana fala upałów sprawiła, że mogłem odwiedzić miejsce, o którym dowiedziałem się niedawno. Mowa oczywiście o dębie, który liczy sobie podobno 1000 lat. Znajduje się niedaleko, bo w Lӧcknitz nad Lӧcknitzer See. Mówiąc szczerze to już tam byłem, ale że nie wiedziałem o istnieniu dębu (mimo, że ma 1000 lat) to jakoś do niego nie dojechałem. Tym razem dąb był celem wycieczki, więc rano wyruszyłem do Lubieszyna i po zaparkowaniu auta w stałym miejscu przesiadłem się na rower. Po około 30 minutach dotarłem nad jezioro, gdzie ku mojemu zdziwieniu sporo Niemców rozpakowywało samochody ze sprzętem wędkarskim. Były tam całe rodziny. Wzdłuż brzegu zaparkowanych jest kilkanaście łódek. Niewykluczone, że nie jest to wypożyczalnia, tylko każda ma swojego właściciela.
Następnie szybka fotka i dalej w kierunku dębu, do którego pozostał niecały kilometr, o czym informował drogowskaz. Kiedy tak jechałem przez las wokół jeziora, droga nagle zaczęła się robić nieco niewygodna. Zboczyłem więc na bardziej ubitą ścieżkę, bliżej brzegu. Po chwili zorientowałem się, że dąb powinien już mi się objawić… a cały czas go nie było. Zawróciłem więc na tą mniej wygodną drogę i po chwili ujrzałem sporej wielkości drzewo.
Jest ogrodzone, jak na zabytek przyrody przystało. Tam, gdzie ma solidne ubytki, wstawiono kratki. Nie wiem czy to ochrona przed robactwem czy wzmocnienie konstrukcji, w każdym razie takie coś tam zamontowano. Nie spodziewałem się, że dąb będzie tak wysoki. Liczyłem, że będzie miał olbrzymią średnicę. Tymczasem był bardzo wysoki a średnica przeciętna. Poza ogrodzeniem wokół drzewa i małym drogowskazem 750m wcześniej, nic nie sugeruje, że to takie stare drzewo. Nie ma tam żadnej informacji, tabliczki znamionowej, certyfikatu CE… nie ma nic J. Sfotografowałem więc pomnik przyrody i zawróciłem na drogę do Retzin.
     Dalej jechałem już znaną drogą do Retzin, a potem z powrotem do Grambow i Lubieszyna na granicę. Pętla wyszła na 35km, czyli spacerek zaliczony.

                                             Na koniec ślad dzięki uprzejmości Google maps…




niedziela, 22 lipca 2018

Wycieczka Doliną Dolnej Odry


     Ten wpis tworzony był z większym entuzjazmem niż zwykle. Stało się tak za sprawą zrealizowanego planu. W tym sezonie koniecznie chciałem odwiedzić Niemcy na rowerze, ale przez inne przejście graniczne niż dotychczas. Udało się dzięki połączeniu sił transportu samochodowego i dalej już rowerem.

     W niedzielę nastąpiła pełna mobilizacja. Pobudka o 6:00, co raczej nie jest niczym nowym, rower na bagażnik na tylnej klapie auta i kierunek Cedynia, a konkretnie Osinów Dolny. Chciałem tam jechać już kilkakrotnie. Kombinowałem na wiele różnych sposobów z pociągami, ponieważ nie chciałem jechać samochodem. Bałem się zostawiać auto na parkingach w przygranicznym Osinowie. Bałem się głównie o to, że jak wrócę, to auta już nie będzie, bo w częściach się gdzieś rozejdzie… Jednak ceny biletów na DB zniechęciły mnie do jazdy pociągiem. Zadecydowałem, że jadę autem i… najwyżej wrócę rowerem do Szczecina, jak mi je rozbiorą.

     Po przyjeździe do Osinowa, podczas rozpakowywania się i przygotowywania sprzętu, o godz. 8:00 moje obawy zaczęły się potwierdzać. Byłem jedyną osobą na parkingu i akurat do mnie jedynego podszedł miejscowy, mówiąc „dzień dobry”. Musiałem natychmiast wszystkie uprzedzenia jakie miałem schować do sakw i nie wiem jak, ale udało mi się to. Wizja bezpiecznie pozostawionego auta wygrała. Odpowiedziałem „dzień dobry” i podszedłem się przywitać z czymś w stylu „co słuchać?”. Wywiązała się krótka rozmowa, skąd jestem i dokąd jadę itp… Uznałem, że lepiej go było poinformować, bo przecież za 5 minut zostawiałem gościa przy moim samochodzie na parę godzin. Po chwili podszedł jego syn i wtedy zacząłem się zastanawiać, czy na pewno dobrze robię. Czy nie lepiej zapakować rower z powrotem i szukać innego miejsca. Kiedy w końcu zapytał o 5zł, od razu wyciągnąłem „dychę” i wiedziałem, że to wystarczy. Przyjął banknot i powiedział, że mam się nie martwić o auto, bo będą go pilnować. Dodał jeszcze, że mam wrócić cały z wycieczki. Nie wiem czy naprawdę mu zależało, ale przynajmniej miałem spokój sumienia.

     Po chwili od wyjazdu, przekroczyłem most graniczny na Odrze i byłem w miejscowości Hochenwutzen. Stamtąd dosyć kręta drogą jechałem w kierunku pierwszego musowego punktu wycieczki, czyli podnośni statków Niederfinow. Wiele słyszałem o tej konstrukcji, ale dopiero jej widok wgniata w ziemię. Inna rzecz, że obok obecnej budują nową… jeszcze większą. Mieli ją skończyć rok czy dwa lata temu, ale jeszcze się bawią… Obecna i tak będzie działała równolegle do 2025 roku. Mega konstrukcja. W wyniku różnicy poziomów Odry, statki wpływają do specjalnej wanny, a następnie są opuszczane windą na niższy poziom. Po chwili kontynuują trasę. Akurat trafiłem na barkę, która była opuszczana windą. Każdy kto lubi takie rzeczy, powinien to zobaczyć.



   Po kilku zachwytach, udałem się do punktu drugiego, czyli ruin klasztoru w miejscowości Chorin. Oczywiście chciałem jechać bardziej trasą rowerową niż wzdłuż drogi, dlatego zboczyłem gdzieś, aby drogą bardziej leśną się tam dostać. To był błąd, bo w rezultacie dotarłem do ślepego zaułka, ale kawałkiem wału na Odrze się przejechałem. Następnie gdzieś po zaroślach i nagle z powrotem na szlaku. Po chwili znaki zaczęły mnie kręcić w kółko. Zobaczyłem, że mogę się zapętlić w okolicy, więc zapytałem o drogę przygodnych tatusiów z wózkiem. Okazało się, że miejscowość Chorin wymawia się „Korrrin”, o czym nie wiedziałem. Tak czy inaczej, dobrze mnie pokierowali. Trafiłem z powrotem na szlak, gdzie drogowskazy nie pozwalały się zgubić. Tyle, że drogi leśne były koszmarem. Wszystkie wyłożone są kocimi łbami. To nie są przyjemne leśne szutrowe szlaki, ubita ziemia czy coś w tym rodzaju. To kocie łby, przy których amortyzator o skoku może 50mm raczej kiepsko daje radę. Cóż zrobić, wreszcie się skończyło i dojechałem do klasztoru. Wejście kosztowało 3 Euro, z czego nie skorzystałem. Objechałem klasztor dookoła i w sumie widziałem wszystko w środku. Można wejść do niektórych wnęk, skąd widać olbrzymi trawiasty teren i właściwie nic poza tym tam nie ma. Teren spory, budowla olbrzymia, ale wyposażenie mizerne… może jak na mnichów przystało…
     Aby zamknąć pętlę, kierowałem się na wschód do miejscowości Lunow. W międzyczasie jednak w Pehlitz podjechałem do tablicy informacyjnej z mapą w centrum wioski, żeby sprawdzić swoje położenie. Jadąc dalej słyszałem kliknięcie co jeden obrót koła. W miejscowości Parstein klikanie doskwierało już bardzo. Myślałem, że to żwir wcisnął się w bieżnik, więc zatrzymałem się, żeby go wyciągnąć. Okazało się, że to nie żwir a… pinezka. W tym momencie czar prysł… Po chwili powietrze z przodu uciekło całkowicie. Nie było rady, trzeba było robić koło. Wyjąłem więc dwie dętki, kombinerki, 12 kluczy i po jakiś 10 minutach mogło być po sprawie, bo nienapompowane koło założyłem z powrotem na miejsce. Problem w tym, że do tej pory miałem wentyle rowerowe, a teraz założyłem dętkę z samochodowym. Oczywiście miałem przejściówki na wszystkie rodzaje wentyli, nawet presta, ale coś nie działało. Nie wiem czy to wentyl, przejściówka czy pompka. Podejrzewam, że pompka. Coś jednak nie grało i cały czas miałem flaka. Postanowiłem szukać pomocy w okolicznych gospodarstwach. W pierwszym, do którego zapukałem spotkałem… Rodaków. Polacy z okolic Dolnego Śląska mieszkający w wiosce na stałe, poratowali mnie kompresorem. Koło było gotowe do drogi w 15 sekund. Dowiedziałem się przy okazji, że dzień, w którym jeździłem po okolicy był ostatnim dniem przed zamknięciem mostu na Odrze. Teraz będą go remontować, przez co ruch na przygranicznych straganach w ciągu następnych 2 miesięcy może się zmniejszyć. Owi Polacy akurat jechali zatankować do kraju, więc 5 minut później i już bym ich nie zastał. Kolejna nauczka na przyszłość – brać porządną pompkę do wentyli samochodowych, bo już tylko takie mam w kołach. Są po prostu praktyczniejsze, więc wymieniłem i drugą dętkę, aby wszędzie mieć jednakowe.
     Potem po drodze było Lunow, nieco przystrojone, bo chyba niedawno obchodziło swoje 750 urodziny i kwintesencja wycieczki, czyli droga do granicy wzdłuż Odry po wale przeciwpowodziowym. Tyle, że wał specjalnie ku temu przygotowany. Na szczycie wału ścieżka rowerowa, oczywiście asfaltowa. Bajka. Po przekroczeniu granicy i dotarciu z powrotem do Polski, musiałem zaliczyć punkt wycieczki nr 3. Był nim najdalej wysunięty na zachód punkt Polski. Zdobi go solidny głaz, który o tym informuje. Podobnie jak w Szwecji udało mi się osiągnąć najdalej wysunięty punkt na Południe, teraz w kraju zdobyłem Zachód. To zaledwie 1,5 kilometra od Osinowa w kierunku Starego Kostrzynka. Nic wielkiego, żadnej pompy tam nie ma, ale jest jakaś satysfakcja, że geograficznie dalej na Zachód w tym kraju się już nie da.
     Po chwili nastąpił powrót do samochodu, który stał nietknięty na swoim miejscu. Opłacało się jednak zainwestować 10zł. Przemiłych ludzi z rana już nie spotkałem, czego specjalnie nie żałuję. Zapakowałem tylko rower i wyruszyłem z powrotem do domu. Po drodze minąłem jeszcze górę Czcibora, na którą jednak nie miałem już siły się wspinać. Wycieczka zajęła 5h i zeszło na nią nieco ponad 60km. Fajna pętla po niezwykle urokliwych terenach. Jak zwykle… Polecam!!!








                                              Na koniec ślad dzięki uprzejmości Google Maps...







czwartek, 21 czerwca 2018

Scott - Ostatni wypad na Wieżę Gocławską

     Mieszkam na Północy Szczecina już chyba 10 lat. Aż dziw bierze, że nigdy wcześniej nie byłem na Wieży Gocławskiej, znanej większości pod nazwą Wieża Bismarcka. Widuję ją codziennie, bo znajduje się na wzgórzu. Nigdy wcześniej jednak do niej nie dojechałem. Nie wiem jak pozostałe tego typu budowle, ale ta owiana jest złą sławą. Podobno było to miejsce czarnych mszy i ulubione miejsce samobójców. Nie wiem… Informacje takie krążyły pod koniec lat 90-tych XXw. Nikt nigdy mi ich nie potwierdził. Wiem tylko, że to najdroższa z wybudowanych przez Bismarcka wież, a jej wysokość sięga 25 metrów.

    Dojeżdżając na miejsce trzeba się nieźle wspiąć. Wzgórze, na którym stoi wieża jest naprawdę strome. I tu kończy się dobre wrażenie. Wieża widziana z daleka (bo na wzgórzu), w rzeczywistości wydała mi się niezwykle mała. 25 metrów nie robi wrażenia, kiedy się pod nią stoi. Chciałem zajrzeć do środka, ale teraz jest to niemożliwe. Wieża nie jest udostępniona dla zwiedzających, chociaż chyba 10 lat temu były takie plany. Ktoś to kupił i miał zrobić z niej atrakcję turystyczną. Nic z tego jednak nie wyszło. Naokoło jest tyle rozbitego szkła i zarastającego trawą terenu, że bałem się prowadzić rower, żeby gumy nie złapać. Generalnie rzecz ujmując, miejsce nie pozostawia dobrego wrażenia. Byli tam tylko jacyś miłośnicy wspinaczki, którzy jeździli na linach po ścianie.

     No, ale byłem tam i nie wiem czy pojadę kiedykolwiek ponownie. Chyba, że ktoś coś z tym zrobi. Po tym wyjeździe nastąpił również pewien zwrot akcji. To był ostatni mój wypad na ukochanym mtb Scott. Kilka dni później zakończyła się pewna era i rower został sprzedany. Dojrzałem do decyzji, że na dwóch równocześnie i tak nie będę jeździł, a na Manufakturze też dojadę wszędzie… i po szosie i po lesie. Może charakter jazdy jest nieco inny, ale nie chcę już kusić losu robiąc slalomy między drzewami. Poza tym częściej używam trekkinga. W tym wypadku drugi rower był zbędny. Niech służy nowemu właścicielowi. Teraz mam jedno cacko, a kasa ze Scotta z pewnością po części pójdzie na lepszy osprzęt do Manufaktury. Reszta pewnie zasili budżet jakiejś większej wyprawy, jeśli w końcu taką znowu uda mi się zorganizować. Zobaczymy…


                                                        Na koniec punkt dzięki Google maps… 


piątek, 1 czerwca 2018

Wycieczka do Malchow


          Szukając ciekawych miejsc, gdzie można pojechać z dzieckiem w czasie wolnych dni, natrafiłem na Malchow. Leży niedaleko od granicy, a skrywa w sobie stary folwark, za murami którego przygotowano mini atrakcje. Stanowią je labirynty z kamieni, krzaków i desek. W rezultacie to spirale, z poukładanych na ziemi kamieni lub zasadzonych krzewów, po których dziecko biega do momentu krytycznego zakręcenia mu się w głowie. Atrakcja może i fajna dla dzieci w wieku 1-3. Ponieważ uznałem, że mojego starszego już dziecka nie zaciekawi taka wizyta wśród kamiennych labiryntów, wykorzystałem to miejsce jako punkt docelowy jednej wycieczki… oczywiście na rowerze. Ponieważ każdy powód jest dobry, żeby wsiąść na rower, założyłem że jadę szukać atrakcji na wolne dni z dzieckiem. Fakt, że przy okazji pękło ponad 80km, mogłem już sobie przemilczeć…


          Tak, jak przy wypadzie do Brüssow, na początku jechałem tym samym szlakiem. Najpierw Lubieszyn, potem Lӧcknitz, Brüssow i dalej na Fahrenwalde, Damerow i Malchow. Powrót zaplanowany przez Pasewalk i Rossow, aby ładna pętla wyszła. Podczas ostatniej wizyty w Brüssow nie dojechałem dalej niż do centrum miejscowości. A warto! Jadąc dalej w stronę Pasewalku, mija się jezioro, dookoła którego biegnie jakaś ścieżka turystyczna. Nie miałem za dużo czasu, ale przy okazji można objechać wodę dookoła. Może na coś ciekawego się natrafi. Jednak to, co zobaczyłem na rogatkach miejscowości wbiło mnie w ziemię. Jest tam punkt widokowy. Wygląda jak Piramida Azteków, tylko bez schodów po środku, no i chyba trochę niższa. Olbrzymi kopiec, na którego szczyt prowadzi droga dookoła. Na samej górze są ławki i wspaniałe widoki na okolicę. Oczywiście na szczyt wjechałem rowerem, ale łatwo nie było. Ponieważ jednak była godzina 9:00, ludzi też nie było. Uczucie podobne jak przy wizycie na Alles stenar w Szwecji. Tylko historia miejsca trochę mniej tajemnicza. Przede wszystkim jednak byłem tam sam. Piramida ma wysokość 23 metrów, a podstawa wymiary 80m x 80m. Nazywa się Brüssower Utkiek, co oznacza miejsce z ładnym widokiem. Budowano ją długo, od zera. Podobno inwestycja zakończyła się w 2014 roku. Wciąż jednak jest chyba mało znana, a naprawdę polecam się tam wdrapać!
          Po kilku głębszych wdechach i mocnym starciu klocków hamulcowych podczas zjazdu z piramidy, pojechałem w kierunku Fahrenwalde. Tam, w centrum wsi napotkałem na drogowskaz, jakich wiele… praktycznie wszędzie na świecie. Kierunki w różne świata strony i odległości. Już wiem, że z Fahrenwalde do Oslo jest 900km… Natchniony tą nieprzydatną informacją skierowałem się na Damerow. Między Fahrenwalde a Damerow wytrzęsło mnie za kilka ostatnich lat wypadów. Droga brukowana jest fatalna. Przecina pole i dobrze, że to tylko 2-3km, bo nie idzie jej zdzierżyć. Przed Damerow wzjeżdża się na wiadukt, który przecina biegnącą pod spodem autostradę nr 20 do Prenzlau. Zdumiewająca jest różnica w poziomach hałasu pomiędzy tamtym miejscem a resztą terenów, przez które przejeżdżałem. Damerow to z kolei jakaś kocia wioska. Jadąc zauważyłem kota przy drodze. Leżał nieruchomo. Kiedy przejechałem obok również się nie ruszył. Uznałem, że padł ofiarą jakiegoś samochodu. Tymczasem kot… spał. Dalej napotkałem jeszcze kilkanaście zwiniętych w kłębek podobnych osobników. Wszystkie spały niewzruszone przed blokiem mieszkalnym, porozrzucane na trawniku. Widok przekomiczny… Wreszcie dotarłem do głównej drogi nr 108. Pojechałem w lewo i po kilku kilometrach osiągnąłem Malchow.
          Folwark był zamknięty, ale ponad niezbyt wysokim ogrodzeniem mogłem zobaczyć te niby labirynty. Tak, jak pisałem wcześniej, nie ma się czym zachwycać, a na pewno nie w momencie posiadania dzieci w wieku starszym niż 3 lata… przynajmniej w mojej ocenie.
          Kilka fotek i powrót. Teraz w kierunku na Pasewalk. Nigdy nie jechałem od tej strony do Pasewalku, stąd nigdy nie widziałem tamtejszych terenów. Po raz drugi przecinałem autostradę nr 20, a do miasta wjechałem od południa. Jadąc przez park zauważyłem jakieś ruiny, ale brak opisu sprawił, że nie wiem co to takiego… W centrum miasta z kolei przez przejście dla pieszych przechodziła jakaś babcia z rowerem. Nie wiem jak to zrobiła, ale kiedy zielone światło było na wykończeniu, babcia na środku skrzyżowania wyłożyła się na jezdni… Zablokowała cały ruch. Kiedy akurat do niej podjeżdżałem, już pomagał jej wstać jakiś kierowca ciężarówki. Problem polegał na tym, że miała zakleszczoną nogę między ramą a przednim błotnikiem. Nie wiem jak to zrobiła, ale musieliśmy użyć we dwójkę (z tym kierowcą) sporo siły, że podnieść przód roweru i w powietrzu skręcić kierownicę. Wtedy babcia wyjęła nogę i mogła wstać. Mówiła, że wszystko ok, ale jak potem widziałem, na rower już nie wsiadła. Kontynuowała spacer z rowerem przy boku, lekko utykając…
          Wracałem znaną już sobie drogą do Lӧcknitz, chociaż tym razem pustą, bez żadnej geriatrii na rowerach, którą trzeba omijać po uprzednim otrąbieniu. Unikałem tego szlaku ze względu na 3km odcinek, gdzie jedzie się po szosie wierząc, że żaden samochód mijający rower nie zahaczy nas lusterkiem. I tu kolejna niespodzianka. Już budują na tym odcinku ścieżkę rowerową. Nie wiem czemu z kostki, ale zawsze to lepsze niż brak ścieżki…
           Po dotarciu do Lӧcknitz zobaczyłem, że na liczniku wybiło 70km. Można było odpocząć, do czego znakomicie nadawał się przystanek autobusowy. Niestety robiło się duszno, więc szybko kontynuowałem jazdę, żeby czuć przynajmniej jakiś powiew. Średnim tempem dojechałem do granicy, gdzie zostawiłem samochód. Potem już tylko rower na pakę i do domu.
          Z pewnością piramida stanowiła największą atrakcję tego wyjazdu, a nie była jego celem. Właściwie każdy wypad jest celem samym w sobie. Malchow nie zachwyca, ale stanowiło najdalej jak do tej pory wysunięty na zachód punkt Meklemburgii, do którego dojechałem. 
             Dzięki uprzejmości Google maps zaznaczam ślad wyjazdu...









niedziela, 27 maja 2018

Wycieczka do Brüssow


          Pewnej soboty, kiedy przestało być gorąco, a jeszcze nie zaczęło padać, postanowiłem wypuścić się za zachodnią granicę i pokorzystać ponownie z tamtejszych terenów. Jak to już wcześniej ćwiczyłem, do Lubieszyna pojechałem samochodem z rowerem na pace. Potem zdjąłem rower i przekroczyłem granicę. Miałem kilka godzin do dyspozycji, więc można było zapuścić się dalej niż do najbliższej wioski. Tego dnia zaplanowałem odwiedzić Brüssow, które leży zaledwie 10km od Lӧcknitz, które z kolei leży zaledwie 10km od granicy. Jadąc tam nie spodziewałem się niczego szczególnego poza wioską, jakich w Meklemburgii wiele. Tyle, że zaraz za granicą dopadła mnie ta sama depresja co zwykle… Znam te tereny doskonale, nie wiem ile razy już tam jechałem, a jednak za każdym razem doskwiera mi myśl, że w najbiedniejszym regionie Niemiec jest bardziej bogato niż w rodzimym kraju. Oczywiście pod kątem infrastruktury rowerowej. Meklemburgia wydaje się nie zmieniać krajobrazowo. Pola, pagórki, wiatraki i rzepak. W sumie to się nie czepiam, bo nic więcej nie jest mi potrzebne. Dołączając ciszę, spokój i wyludnione bloki mieszkalne, a wszystko z perspektywy siodełka rowerowego na asfaltowej nitce… raj na ziemi.
          Mijając Lӧcknitz zjeżdża się na chwilę na szosę i dzieli ją z samochodami. Nie przypuszczałem, że przyjdzie mi mijać jeden z nich… z lewej strony. Auto nie stało, a jechało. Za kierownicą siedział dziadek, który miał 300lat. Wydaje mi się, że jechał na 1-dynce. Silnik jakoś dawał radę, ale nie więcej niż 15km/h. Żeby nie udusić się w spalinach za nim, musiałem go wyminąć. Najlepiej, że do samego Brüssow mnie nie dogonił, a moje max tego dnia wyniosło 37km/h. Zanim osiągnąłem cel, przejechałem przez miejscowość Menkin. I tam właśnie zobaczyłem coś w rodzaju przeszłości z DDR. Z resztą, zdjęcie powyżej mówi wszystko…
          Dalej już tylko Brüssow, które wyróżnia się kościołem, ryneczkiem, wąską ulicą z domkami na brzegach i brakiem ludzi, a więc wyróżnia się dokładnie niczym, w porównaniu do podobnych okolicznych wsi. Jak się okazuje, miasteczko ma jeszcze tajemnice, ale te odkryłem przy innej okazji, trochę później. Zatem tym razem, kilka fotek na miejscu i można było wracać. Po dotarciu z powrotem do Lӧcknitz zobaczyłem coś, czego nie widziałem wcześniej. W Lӧcknitz jest zamek. Nie wiem ile razy tam byłem, zamku nigdy nie spostrzegłem. Dlatego też musiałem podjechać bliżej i się przyjrzeć z bliska. Niestety był zamknięty, ale również po polsku można wyczytać, że datuje się go na XIII wiek. Mimo, że zachowało się go niewiele, mały dziedziniec całkiem nieźle jest odrestaurowany i zaadaptowany jako miejsce na różne występy. Ponadto wyczytałem, że w Lӧcknitz znajduje się dąb, który ma 1000lat. Niedaleko domu, w Puszczy Wkrzańskiej znajduje się Dąb Bogusława, który ma 600lat. To jednak o 400 mniej i ciekawie byłoby taki obiekt zobaczyć. Przypomnę, że dziadek, którego mijałem w samochodzie miał 300lat, a więc aż o 700 mniej niż dąb w Lӧcknitz … Myślę, że któryś z najbliższych wypadów będzie można przeznaczyć na odwiedzenie tego dębu.
           Wracając na granicę, znalazłem czyjeś prawo jazdy. Leżało coś różowego na ścieżce rowerowej, więc podniosłem i schowałem. Po powrocie do kraju, zawiozłem właścicielowi. Nie zastałem go jednak w domu, ale sąsiad potwierdził, że tamten rano pakował rower i jechał na wycieczkę do Niemiec. Fakty się zgadzały, więc oddałem dokument sąsiadowi. Mówił, że przekaże właściwej osobie… Do tej pory gość się nie odezwał. Mam nadzieję, że sąsiad zrobił jak obiecał…
           Wycieczka fajna, bo miała jak dla mnie wartość dodaną. To ten zamek i informacja o dębie. Coś, o czym nie wiedziałem, a teraz stanie się celem któregoś wypadu. Wciąż jednak nie takie zamki czekam…
           Na koniec będzie ślad, dzięki uprzejmości Google maps...