poniedziałek, 29 stycznia 2018

Po co komu FAT-BIKE ?



     Kiedyś, przy okazji narciarskiego wypadu do Francji, natknąłem się na wypożyczalnię nart. Nic dziwnego, w końcu na każdym kroku coś podobnego widnieje i w każdej miejscowości. Jednak przy tej konkretnej wypożyczalni nart była i wypożyczalnia rowerów. Stało ich tam chyba z osiem. Te rowery, to popularne ostatnio „Grubasy”, czyli FAT-BIKE, które już do zjawiska nie należą, bo trochę czasu na rynku istnieją. Wciąż jednak trzymają swoją cenę i nie każdy się decyduje na zakup, jeśli to miałby być jego jedyny rower. Może drugi, trzeci to tak, ale jako jedyny to raczej nie do końca. Kiedyś nawet gość Jacek T.L. z projektu United Cyclists zastanawiał się po co komu FAT-BIKE, po przetestowaniu jednego modelu? Z rozważań chyba wyszło, że generalnie na śnieg, błoto, piach itp.

     Francuzi chyba doszli do tego samego wniosku. Wypożyczalnia „Grubasów” przy wypożyczalni nart to dobry pomysł, czyli pomysł na biznes. Tyle, że Francuzi poszli o krok dalej. Ja na mojej Północy miasta może znalazłbym tereny, gdzie można poszaleć czymś podobnym. Jednak gdyby mi się nie chciało tam jechać z centrum, to byłoby kiepsko. Niedaleko francuskiej wypożyczalni jest specjalny fan-park, stworzony właśnie dla tych rowerów.

     Ostatecznie nie skusiłem się, bo za 1/5h, czyli z dojazdem do miejsca zabawy już tylko godziny wypożyczenia krzyczeli od 39 do 45euro, w zależności w jakich godzinach chciałoby się wypożyczyć rower. Trochę dużo za właściwie chwilę przyjemności. Swoją drogą, jak tak obserwowałem te rowery, to codziennie stały nieruszone, a bywałem przy tej wypożyczalni kilka do kilkunastu razy dziennie. Za drogo, czy wszyscy faktycznie zdecydowani jeździć tylko na nartach…?

czwartek, 25 stycznia 2018

Spóźnione podsumowanie sezonu...


     Albo nie miałem czasu, albo mi się nie chciało, albo jedno i drugie… w każdym razie moja aktywność spadła do zera i teraz postanowiłem to nadrobić. Mówię tu o aktywności zarówno fizycznej, jak i szeroko rozumianej blogerskiej J Generalnie rzecz ujmując, sezon w roku 2017 był do dupy, tak jak lato… jeśli ktoś je widział od kilku dni majowych wzwyż w cudownym województwie na lewo-górnym krańcu naszego wspaniałego kraju… Chwilami wpadałem w taką rowerową depresję, że nawet myślałem o sprzedaży jednego z rowerów (Scott), bo i tak nie było okazji z niego korzystać. Jednak gdy przygotowywałem go do sprzedaży, czyli posmarowałem, wymyłem i wytarłem do sucha, zmieniłem rogi na kierownicy na mniejsze, zdjąłem bagażnik i zobaczyłem go w pierwotnej postaci, czyli tak jak go kupiłem, zmieniłem zdanie J Zostaję przy dwóch rowerach. Jeden do lasu i może kiedyś w góry, a drugi na całą resztę asfaltów, szutrów, leśnych traktów itp. Manufaktura też miała iść pod młotek, ale nie dostałbym tyle ile bym chciał, więc postanowiłem w niego doinwestować i pozostawić na stanie. Główna zmiana to nowa przerzutka przednia z jakiejś górnej półki i może wymiana mostka na kierownicy. Reszta bez zarzutów. To rower po prostu zrobiony dla mnie i pode mnie.

     Nie wspominam o liczbie zrobionych kilometrów, bo szkoda gadać. Fajnie, że coś w ogóle udało się wykręcić. Postanowiłem też, że z systemem nie wygram, czyli jak nie miałem czasu, tak nadal go nie mam, a jeździć się chce. Dlatego w nadchodzącym sezonie stawiam na treściwość, a nie ilość. Można objechać świat dookoła i niewiele zobaczyć. Można też wybrać się na weekend za miasto i zapamiętać taki wypad na długo. Mam też w planach zakup kamerki sportowej, by trochę więcej ruchomego obrazu z wycieczek się zachowało, bo zdjęcia może fajne, ale jednak statyczne. Co prawda jakość zdjęć też można dopracować. Film ma jednak zupełnie inny odbiór. Pomyślimy, zobaczymy… Podobnie z nawigacją. Wzbraniam się od tego urządzenia ładnych parę lat i polegam na mapach papierowych. Ale kto wie… Najpierw chciałbym jakąś wypróbować, a potem mógłbym kupić. Problem w tym, że niekoniecznie tak się da… Może kupię tandetkę za parę dyszek i jak się wciągnę, pomyślę o czymś lepszym.
    Jeśli chodzi o budżet na wyprawy, to nie chcę uszczknąć ani złotówki z tego domowego. Ostatnio nawet wyprzedałem kilka niepotrzebnych rzeczy, które krótko mówiąc się kurzyły. Zasada jest taka: sprzedać można wszystko, tylko zależy jak szybko chce się tego dokonać. Ja chciałem szybko i przekonałem się, że cena czyni cuda. Oczywiście niska cena. Ledwo wystawione ogłoszenia i już kilka telefonów dziennie. Pięciu pytających i jeden zdecydowany. Nie było sensu się zastanawiać, skoro i tak chciałem sprzedać… Wszystkie rupiecie poszły w tydzień, a ja wzbogaciłem się o tysiączek J Podobne wiszą już wiele miesięcy, bo ktoś się uparł, że sprzeda za stówę drożej i nie opuści… Ok, każdy ma swoją politykę.

     W ubiegłym sezonie najbardziej byłem zadowolony z okrążenia Borów Tucholskich. Przy okazji rozbił mnie jedyny komentarz, który się pojawił. Jeśli podobnych miałoby być więcej, to cieszę się, że tylko jeden się pojawił. Naprawdę mi na nich nie zależy. Przede wszystkim sugeruję czytać ze zrozumieniem relację z wypraw, a następnie silić się na komentarze. Ktoś napisał, że nie spotykałem ludzi, bo wielu zrezygnowało po nawałnicy… No tak, nawałnice były, ale kilka tygodni po moim powrocie. Pisząc o Kamiennych Kręgach (widziałem przy innej okazji, dlatego nie opisałem teraz), Fojutowie, Zaporze i innych atrakcjach, zapytam, czy spojrzałeś na mapę? Ja byłem konkretnie w Borach Tucholskich, Parku Narodowym Bory Tucholskie. Objechałem go dookoła. Może samochodem bym zdążył, ale byłem na rowerze. Inna rzecz, że jak pisałem pojechałem pojeździć, robić kilometry, o czym zawsze piszę a nie zwiedzać atrakcje jak wyłuskiwanie szyszek… może dlatego jeździłem po drogach głównych i cieszyłem tą infrastrukturą. A jeszcze inna sprawa… czy doczytałeś, że miałem na to w sumie półtora dnia? Obleć ten kawałek w półtora dnia rowerem, to pogadamy o innych atrakcjach. Proszę czytać przed skomentowaniem… albo nie komentować.

     Główne plany na ten sezon to odwiedziny dwóch Śląsków w tym kraju – Górnego i Dolnego i może nieco Małopolski. Na Górnym można ogarnąć Szlak Orlich Gniazd. Właściwie już jestem do niego przygotowany J Wiem jeśli nie wszystko o szlaku, to przynajmniej prawie wszystko. Cholernie chciałbym tam pojechać, z resztą nie od dziś. Uwielbiam zwiedzać ruiny zamków, a tam ich akurat nie brakuje. Pewien facet o imieniu Kazimierz pozostawił ich po sobie całkiem sporo. Jeśli chodzi o Dolny Śląsk, to jest tam coś podobnego, mianowicie Szlak Zamków Piastowskich. Większość z nich posiada może jedną ścianę i dawno poszła w zapomnienie, ale niektóre zachowały się w postaci ruin zupełnie ciekawych i wartych odwiedzenia. Tam z kolei działał chyba Bolko II.
     Zobaczymy co uda się osiągnąć. Może wyjdzie coś zupełnie innego, jakaś zorganizowana wyprawa za granicę. W sumie to nie wiem czy na ten Śląsk to jechać samemu czy próbować szczęścia z kimś. Wszystko wyjdzie w praniu… póki co, ćwiczę kondycję na nartach, a potem delikatnie, ale sumiennie zamierzam ją utrzymywać.

piątek, 25 sierpnia 2017

Wyprawa dookoła Borów Tucholskich - cz. 3


 Cd…

     Wieczór zdawał się być krótki. Żeby rano wstać i jeszcze gdzieś pojechać, chciałem raczej szybko położyć się spać i następnego dnia spakować się do samochodu, po czym jeszcze gdzieś na rowerze śmignąć. Zanim to nastąpiło, zjadłem olbrzymi obiad w miejscowej knajpie, a potem wziąłem najdroższy prysznic w życiu. 5pln za 5 minut… Automat, masakra. Na szczęście za ciepłą wodę nie trzeba było dodatkowo dopłacać. Biorąc pod uwagę, że za namiot, samochód i siebie za dobę zapłaciłem 20pln, dodatkowe 5pln za prysznic w 5 minut zdawało się być mega wydatkiem.
Jeden z droższych sanitariatów na świecie wygląda tak...


     Po prysznicu krótka analiza trasy i planowanie następnego dnia. Padło na szybki rajd wokół Jeziora Karpińskiego, połączonego z Jeziorem Długim. Następnego dnia trzeba było szybko się ogarniać, bo czasu niewiele, a w perspektywie wyjazd do domu. Po drodze chciałem jeszcze zwiedzić zamek w Człuchowie, oczywiście już nie na rowerze. Zatem wybór Jeziora Karpińskiego był jak najbardziej uzasadniony.
     Kiedy już zjadłem i się spakowałem, pojechałem zobaczyć Dąb Bartek czy Bartuś, bo było do niego 6 km od Sworów. Jechałem tak przez pola, aż droga zaczęła się kończyć i zaczął się… Park Krajobrazowy Bory Tucholskie.
Kwintesencja Borów Tucholskich... i ja tam byłem :)




Niby, że płatne itp. Ja niczego, co przypomina budkę z biletami nie widziałem, więc bramę Parku przekroczyłem. Co jakiś czas (bo nie za często, o czym było wcześniej) pojawiał się na drzewach kolor szlaku, który miał zaprowadzić mnie do dębu. W sumie dojechałem niby na miejsce, ale dębu Bartka czy Bartusia jak nie widziałem, tak nie widziałem. Zobaczyłem za to kolejne rozwidlenie i kilka drogowskazów. Jeden z nich prowadził do znanych mi Małych Sworów, więc tam się udałem.
No i gdzie dalej...?
     Fantastycznie! Byłem w samym centrum puszczy. Po drodze trafiłem jeszcze na jakiś camping, z którego wysypała się grupa chętnych na kajaki. Za chwilę podjechał bus z przyczepą kajaków i zabrał wszystkich na spływ. Ja dojechałem w miejsce, które odwiedziłem dzień wcześniej. Przekroczyłem most zwodzony i znalazłem ucieczkę do Sworów przez las. Postanowiłem z niego skorzystać. Następne 5km wiodło dalej wzdłuż tego samego jeziorka. Wyszło zatem, że niechcący okrążyłem je całe. Chwilami ścieżka była tak piaszczysta, że jechałem… obok niej. Tylko dźwięk ocierania się drzew o sakwy informował mnie, że niekiedy było dosyć wąsko… Jednak szczeliny między drzewami były miejscami, gdzie ziemia była najbardziej utwardzona.
       
    
Poszło nieźle. Tylko 3 razy sytuacja wymagała nagłego podparcia się, aby uratować się przed glebą… Udało się. Dojechałem do Sworów, gdzie mocno już nasłoneczniony samochód czekał na mnie i rower, aby się zapakować i pożegnać Bory Tucholskie.

Cała Kaszubska Marszruta nie została zrobiona, ale czy warto? Monotonia widoków sprawia, że raczej nie za bardzo. Jest ciekawie i polecam każdemu, ale raczej, żeby robić kilometry po fajnych szlakach niż coś zwiedzać. Najważniejsze, że kolejny obszar objechany dookoła. Są już zakusy na inne tereny, ale wymagają ode mnie więcej niż tylko krótkiego weekendu. Póki co w planach ciekawy obiekt na terenie Niemiec… jak kiedyś zgram się z czasem i pogodą.

             Na koniec ślad z drugiego dnia dzięki uprzejmości Google Maps...

                         
                                      















piątek, 18 sierpnia 2017

Wyprawa dookoła Borów Tucholskich - cz.2

Cd...


      W okolicy miejscowości Charzykowy natrafiłem na ciekawą wystawę lokalnego artysty. Właściwie zdjęcia mówią wszystko o tym wydarzeniu…


                                            
 
                         

     W samych Charzykowach wjechałem na plażę i to był chyba błąd. Mimo wydzielonych ścieżek dla rowerów i pieszych, było tam dosyć tłumnie. Ludzie chodzili wszędzie i w końcu trzeba było zejść z roweru. Chyba jakiś festyn się tam odbywał. Tak czy inaczej nie byłem zainteresowany i szybko opuściłem to miejsce, trochę błądząc, aby wyjechać na drogę prowadzącą na Męcikał.


                                   

 

     Tak, Męcikał właśnie miał być kolejnym przystankiem. Kolejna fascynująca nazwa z Kaszub. I był, tyle, że trochę później niż zakładałem. Nie wiem jak to się stało, ale dotarłem najpierw do Chojnic, czego zupełnie nie było w planach. Szybko jednak zawróciłem i po kilku wpadkach z powodu nieznajomości topografii terenu, wreszcie udało mi się wyjechać na główną drogę do Męcikału. Przekonałem się także, że w tych rejonach zamiast słowa „tak”, używa się raczej „jooo”. Coś nowego. Na szczęście cały czas językowo dla mnie do ogarnięcia. Do Męcikału droga wiodła wzdłuż głównej szosy. Znowu trochę nudnawo, ale w końcu dojechałem. Nazwa po kaszubsku i po polsku. W samej wiosce ciekawe gacie… tj. mosty.

      

Mało tego, nawet specjalnie tego nie planując, zahaczyłem o tereny dwóch parkow krajobrazowych. Jeden to Bory Tucholskie, drugi Zaborski Park Krajobrazowy.  
      Było za to bezpiecznie, bo obok szosy ścieżka asfaltowa dla rowerów. Naprawdę nieźle w tych rejonach z infrastrukturą. No właśnie. Szkoda, że gorzej ze znakami. Szlaki oznakowane są. Jednak jak na moje oko trochę tych znaków za mało. Naprawdę trzeba się pytać ludzi o drogę, chyba że jest się posiadaczem nawigacji. Ja miałem tylko mapki i to nie było wystarczające. Dobrze, że miałem kompas. Najgorzej jest, gdy szlak nagle się rozwidla. Nie ma wówczas dodatkowej strzałki wskazującej właściwy kierunek. Nie mówiąc już, że w lesie rozwidlenia bywają trzy i więcej śladowe. Poza tym, oznakowanie szlaków na drzewach występuje trochę za rzadko. Jadąc np. niebieskim, nagle zauważamy, że szlak znika i pojawia się czerwony. Po ujechaniu ok. kilometra na drzewach widnieje czerwony i znowu niebieski. Fajnie, tylko że człowiek myśli przez ten kilometr, że zgubił szlak. Jaki problem domalować niebieską linię pod czerwoną…? To są szlaki PTTK. Mogliby się trochę bardziej przyłożyć.
     Do okrążenia Borów Tucholskich zostało mi już niewiele. Chciałem z Męcikału jechać od razu na Swory. Tymczasem nie wiem jak, trafiłem do Czernicy. Tam zajechałem sobie nad Jezioro Kosobudno. Kolejny postój, kolejny posiłek i leżenie na pomoście połączone z moczeniem głowy w jeziorze. Dalsza jazda to kierunek na Drzewicz i potem już prosto na Swornegacie. Udało się, chociaż chwilami było ciężko, oczywiście pod kątem błądzenia… cdn…




   Poniżej ślad dzięki uprzejmości Google Maps z pierwszego dnia. Wyszło więcej, ale wszystko przez zawracanie i błądzenie na trasie. Google na szczęście tego nie pokazuje...




 

   

 








czwartek, 17 sierpnia 2017

Wyprawa dookoła Borów Tucholskich - cz.1



     Licytowałem się z pogodą przez kilka tygodni, aż w końcu się udało. Już wydawało się, że pogoda nie da rady, albo teren będzie jeszcze przesiąknięty wodą, ale udało się wygarnąć weekend, kiedy mało, że było sucho, to jeszcze było gorąco. No, powiedzmy… 19 stopni bez słońca to i tak idealnie na rower.  Lepiej niż w pełnym słońcu jeździć, chociaż i tak lasy miały być głównym terenem. Dlaczego? Ponieważ celowałem w Bory Tucholskie. Od dawna chciałem tam pojechać, a teraz nadarzyła się okazja. Zadzwoniłem nawet do właściciela pola namiotowego z pytaniem jaka u nich na miejscu jest pogoda? Odpowiedział, że prognozy są optymistyczne, ale sam nie chce niczego gwarantować. Wiadomo! Postanowiłem jednak zaryzykować i w pewną sobotę rano wyruszyłem w kierunku Chojnic. Podróż samochodem zajęła 4 godziny. O 10 rano byłem na miejscu. Miejscowość nazywała się Swornegacie, co tylko wśród niektórych tłumaczeń nie ma nic wspólnego z branżą tekstylną. Otóż Swornegacie, czy Swory – jak mawiają tubylcy – to zgodne mosty. Wg innych, brudne gacie, które nazwę wzięły od gaci wywieszonych kiedyś na płocie... Cóż…, w końcu to Kaszuby. Pewnie nie mogli inaczej. Na kozę też mówią kueza i co im zrobić… Na szczęście po polsku też mówią, więc dogadałem się bez problemu.


  Kwaterunek, rozbicie namiotu itp., to następna godzina. Zatem o 11 byłem gotów do drogi. No i wyruszyłem. Jechałem wg. tzw. Kaszubskiej Marszruty, czyli szlaków specjalnie przygotowanych pod takich jak ja. Zaczęło się nieźle, bo w centrum miejscowości odnalazłem mapę ze wszystkimi dostępnymi szlakami. Oczywiście już wtedy wiedziałem, że całej Marszruty nie będę w stanie zjechać, bo nie mam tyle czasu. Potrzebne były 3-4 dni na wszystko. Ja miałem półtora dnia… Cel był jednak, aby okrążyć Bory Tucholskie, tak jak okrążyłem Karkonosze, tak teraz też miałem podobny plan.

  


Trasa biegła generalnie wzdłuż trzech głównych Jezior, w tym najdłuższego Jeziora Charzykowy. Oczywiście na początku bajka. Nie tylko na Uznamie są ścieżki wzdłuż szosy i więcej samochodów niż rowerzystów. W Borach Tucholskich jest podobnie. Może trochę mniej rowerzystów. Nie wiem czy tak trafiłem, czy tam tak zawsze. Nie było dosłownie nikogo! Ścieżki ciekawe, szutrowe, ale… No właśnie. Na tym koniec zachwytów. Ja pojechałem robić kilometry, więc zawiedziony nie byłem. Ktoś jednak, kto szuka zróżnicowanych krajobrazów, mocno się rozczaruje.


              


Monotonia drogi i krajobrazu jest wręcz przytłaczająca. Co jakiś czas wjeżdża się do małej wioski, gdzie oczywiście roi się od kajaków. Bory Tucholskie to raczej kraina kajaków niż rowerów... cdn...











































         






sobota, 5 sierpnia 2017

Wycieczka na Uznam... do Krainy Liliputów - cz.2

Cd… No dobrze, to teraz czas na wyjaśnienia, co z tą Krainą Liliputów… Wracając natrafiłem na ciekawy punkt wycieczki. Otóż od tego wyjazdu wiem już, gdzie wypieprzył się Guliwer. Leży tam do dzisiaj, a więc wiem też, gdzie jest Kraina Liliputów.
  



Na Uznamie właśnie… Kilka kilometrów od Pudagli znajduje się mały park rozrywki dla dzieci. Właściwie to mikro… Leży tam posąg Guliwera i jest jeszcze kilka dodatkowych atrakcji. Miejscówka kompletnie do bani, bo w szczerym polu. Reklama też słaba, więc ruch na miejscu taki sobie – kilkanaście osób. Poza tym rozrywek też nie za wiele, a naprzeciwko kopalnia odkrywkowa, więc trochę się kurzy… Dobrze, że była niedziela i zakład nie pracował. Inaczej jeszcze inne przyjazne hałasy… Do środka nie wchodziłem, ale opinie ludzi są mieszane…



   Dalsza jazda to praktycznie ciągłe zastanawianie się czy nie skręciłem gdzieś źle, bo droga zaczynała się wydłużać. Miało być ok 50km całości, ale jakoś nie chciało tyle wyjść. Jakiś bajkowy ten Uznam się wydawał, bo najpierw Guliwer, a potem po drodze Śnieżka und sieben Krasnoludken napotkałem… jak powiększysz mocno obraz, to zobaczysz...


Kiedy jednak natrafiłem na tablicę z napisem Ahlbeck 1km, mogłem zwolnić, bo byłem prawie na miejscu. Prawie… Ten 1km okazał się 3km po leśnych wzgórzach, które chętnie bym ominął. Szlak kierował jednak do lasu, a po szosie zabraniano jechać rowerom. Kiedy nareszcie wróciłem do Świnoujścia, mogłem na spokojnie połączyć się z netem i zobaczyć dokładnie jak dojechać do innego przejścia granicznego, gdyż planowałem tego dnia jeszcze raz znaleźć się w Niemczech, tym razem w Kamminke. Jadąc ulicami Świnoujścia, szybko znalazłem drogowskaz do tej miejscowości. To pierwsza wioska zaraz za granicą, a przejście graniczne jest wybitnie pieszo-rowerowe. Przypomina przejście k. Nowego Warpna, a dalsza droga tą do
Rieth. Wąska asfaltowa nitka pomiędzy drzewami. Niemiecki schemat…?


                                      



     Dlaczego Kamminke? Kiedyś pływał tam prom wolnocłowy z Nowego Warpna. Tyle, że z promu nie można było zejść, tylko wracało się z powrotem do Polski. Chciałem zobaczyć to miejsce od strony lądu i wreszcie się udało. Sama wioska też ciekawa. Jeśli już jestem przy schematach… bardzo przypomina Altwarp. Polskie wsie jakoś bardziej się od siebie różnią. Niemieckie wydają się identyczne…
     Dojechałem więc na przystań, gdzie była jakaś restauracja i kilka kamperów. Kampery stały za sznurkiem i stare geriatryki tylko patrzyli czy ktoś aby nie zbliża się za bardzo do ich strefy. Szczególnie jeden krzywo na mnie patrzył. Mało, że intruz na niemal jego ziemi, to jeszcze z rowerem. Przysiadłem więc ostentacyjnie na ławce tuż przed jego wozem. Zasłoniłem mu trochę widok i zrobiłem kolejną przerwę. Byłem na przestrzeni publicznej. Widziałem, że trochę się gotował, ale nic nie mógł zrobić. Ławka była akurat bliżej plaży niż miejsce do parkowania. Żeby ten Zalew był głębszy, mógłby konkurować z morzem, a tak… rozrywka dla geriatrii i to tej ceniącej naprawdę wielki spokój, bo nad morzem większy zgiełk.
                                          
Cóż, więcej za bardzo do zwiedzania nie było. Ani zamku, ani innych ciekawych ruin. Poza tym trzeba było wracać, bo co jakby się Guliwer obudził i przybiegł na brzeg Zalewu…?


 
                                  



Opuściłem więc to miejsce z podobną satysfakcją co zawsze, czyli… odhaczone. Czas na kolejne wypady… 

Kolejny już niedługo… Bory Tucholskie czekają…


                                          Na koniec jak zwykle ślad dzięki uprzejmości Google Maps...

                                  






















niedziela, 23 lipca 2017

Wycieczka na Uznam... do Krainy Liliputów - cz.1

  No i uznałem, że było sucho, więc pojechałem… na Uznam. Akurat jedna jedyna słoneczna niedziela się trafiła, więc żal byłoby nie wykorzystać okazji. Miałem jechać w sobotę, ale 6 razy w ciągu dnia padało, więc niedziela wydała się lepszym rozwiązaniem.
     Od rana mobilizacja! Pobudka o 6:00. Szybkie śniadanie i rower do samochodu. Potem już jazda w kierunku Świnoujścia. Półtorej godziny później wypakowanie roweru, szybkie przebieranie w odpowiedniejsze odzienie wierzchnie i jazda na prom, bo auto zostawione przed przeprawą. Super! Zdążyłem ujechać 2km, kiedy zorientowałem się, że nie mam aparatu, tj. telefonu i nie będzie żadnych zdjęć, jeśli nie wrócę po niego do samochodu. Nie było takiej opcji. Taka wycieczka, w taką pogodę i w takie tereny. Zawróciłem więc i po chwili byłem znowu w tym samym miejscu, gdzie zorientowałem się, że telefonu brak. To tylko 2km, więc szybko poszło. Szczerze mówiąc, jakby było dalej, też bym zawrócił. To, co planowałem po prostu było tego warte.
     Wjechałem na prom i po chwili byłem już po drugiej stronie Świny, pierwszy raz w tym roku widząc Bałtyk. Cóż… wygląda tak samo jak zwykle… Wjeżdżając jednak na promenadę, zobaczyłem prawie skończoną budowlę Hotelu Radisson Blu… nieźle! Dalej promenadą w kierunku zachodnim kierowałem się na granicę polsko-niemiecką… i po przekroczeniu jej się zaczęło…










Coś ostatnio wspominałem o niemieckiej geriatrii tarasującej drogi rowerowe. To była tylko namiastka. Ludzie! Nie jeździjcie obok siebie. Zjedźcie na ławkę i sobie pogadacie. Moje agresywne gesty na niewiele się zdawały. Patrzyli jak na debila, kiedy pokazywałem, że lepiej będzie jak będą jechać jeden za drugim… Tępy to naród jednak…

Jechałem dalej w kierunku zachodnim. Celem była Pudagla. Kierunek ten sam co na Wolgast, tylko bliżej. W sumie, chciałem odwiedzić Wolgast i tamtejszy most, ale znalazłem coś bardziej nietypowego. Pierwsze kilometry za granicą to ciekawe hotele, które widziałem już całkiem niedawno przy okazji innego wyjazdu.
                                   
     Dalej rozjazd na Wolgast i Pudaglę. Szybko poszło. Wiedziałem, że to blisko, ale… naprawdę szybko poszło… Postanowiłem więc odsapnąć na przystanku kolejowym w Schmollensee. Jak to zwykle z moimi przystankami bywa, chwila oddechu, łyk wody, kilka zdjęć i… dalej w drogę… Może dlatego nikt nie lubi ze mną jeździć… no dobra, poza Radkiem ale tym razem zbyt spontaniczna decyzja i uzależnienie od pogody sprawiły, że nawet nie informowałem go o wyjeździe.

 
    
     Osiągnąwszy Pudaglę wiedziałem, że przede mną najsłabiej oznakowana na mapach, a więc… najciekawsza część drogi powrotnej. Aby jak zwykle nie wracać tym samym szlakiem, zrobiłem pętlę naokoło jeziora… którego nawet nie widziałem. Po prawej mijałem pola i mokradła. Po lewej drzewa. Pewnie za drzewami były dalej pola, a za nimi gdzieś w tle jezioro. Nic to. Ważne, że połapałem się w nieoznakowanych Dorfstrasse i wróciłem do punktu wyjścia. Nie ukrywam. Pomógł mi kompas, który mam zamontowany w dzwonku. Tak wiem, nie jestem nowoczesny i nie mam aplikacji kompasu na telefonie. Ale mam to w… Kompas w dzwonku za 9pln kupiony w markecie kilka lat temu, jakoś bardziej mnie kręci…


Co natomiast kiedyś się kręciło i przestało, to wiatrak, na który natrafiłem po drodze. Ktoś postanowił się nim zająć jakieś 20 lat temu i zrobił z tego atrakcję turystyczną.

 

Trzeba wspiąć się na spore wzgórze, żeby się przy nim znaleźć. Na szczęście warto, bo widoki są kwintesencją krajobrazu Uznamu…




     Komuś mogą nie pasować pola, pola... ścieżka rowerowa wzdłuż szosy i może jeszcze trochę pól. Ja jednak uznałem, że w takiej przestrzeni czuję się znakomicie. Prawie nikogo na trasie, cisza, spokój i właśnie ta przestrzeń.


         
     Co jednak z tą Krainą Liliputów? Ano była następnym punktem wycieczki. Ale o tym może następnym razem... cdn...