środa, 28 grudnia 2016

Wycieczka do Plöwen, Gellin i Ramin



     Ponieważ pogoda i nadmiar roboty od ponad miesiąca mnie nie rozpieszczały, to i wyjazdy znacznie straciły na sile. Ktoś zapomniał zakręcić prysznic tam na górze i właściwie co przeschło, to zaraz znowu zmyło. W dodatku co rusz łapałem jakiś katar, albo strzykanie w kręgosłupie dawało o sobie znać. Przez tydzień, to mnie w ogóle unieruchomiło… Tak czy inaczej, wszystko skupiało się przeciwko temu, żeby wyjechać gdzieś na rowerze. Kiedy jednak już się to udało, ponownie pojawiło się pytanie, dokąd? I w tym samym momencie przypomniałem sobie o kilku wpisach rowerzystów mi podobnych. Plöwen i wieża widokowa… Postanowiłem sprawdzić, czy krótko mówiąc nadal tam jest i czy nie jest przereklamowana, a raczej nie sama wieża, a widok z niej.
     Generalnie rzecz ujmując, zawsze, chociaż nie potrafię tego wytłumaczyć, interesowały mnie miejscowości leżące nieopodal głównej drogi. Najmniejsze pipidówy, które być może kryją w sobie coś, czego nie znajdzie się nigdzie indziej. Jak się okazało, tym razem także się nie myliłem. Ale po kolei…
Droga do Gellin

     Przekraczając granicę w Lubieszynie, kierowałem się na Plöwen. Coś jednak jest wcześniej, a konkretnie skręt w lewo do wioski Gellin. To przecież tylko kilometr od głównej szosy, więc nic tam pewnie ciekawego zastać nie można… Dlatego tam pojechałem… Na drodze wąskiej na jeden samochód, oczywiście musiał mnie minąć samochód… chyba jedyny, który tam tego dnia jechał… Za to po chwili dotarłem do Gellin. To urocze miejsce pełne wszelkiej maści owadów, które natychmiast po zwąchaniu człowieka chcą mu towarzyszyć w dalszej podróży. Trzeba szybko mijać te skupiska, bo są naprawdę irytujące. Mnie udało się wyswobodzić i już po chwili byłem znowu na szlaku, a konkretnie w kierunku na Schmagerow. Tam natrafiłem na mały kościół. O dziwo, można było coś o nim poczytać, bo informacja na tablicy przy wejściu widniała nie tylko o niemiecku, ale również po angielsku i polsku. Wokół mały, lekko zapomniany cmentarz i charakterystyczna dla niemieckich wiosek wszechobecna cisza. 

Kościół w Schmagerow
 
 
     Kilka minut później jadąc w kierunku Ramin, zatrzymałem się niedaleko przejazdu kolejowego i przekonałem się, że Niemcy naprawdę inwestują w kolektory słoneczne. To, co tam było, przypominało falujące morze kolektorów. Oczywiście wszystko za ogrodzeniem i pilnie strzeżone przez kamery. Jednak wrażenie pozostało. Polecam każdemu przy okazji, kto się tam zagubi… Dalej na trasie już tylko wymarłe Ramin, a w nim nic specjalnego, oprócz kierunku na Grambow i Sonnenberg, w którym kiedyś pytałem o drogę, bo sam się zgubiłem… Pora więc była zawracać, bo Plöwen zupełnie po przeciwnej stronie.


 


     Zawróciłem więc i dojechałem z powrotem do głównej szosy prowadzącej do Löcknitz. Postanowiłem przeciąć ją w poprzek i dalej kierować się leśną drogą w kierunku Plöwen. To był niezły wybór, bo droga w lesie jest wyłożona płytami, więc godna polecenia. Po ok. 2km dojeżdża się do jakiegoś ośrodka kolonijnego w samym środku lasu. Dalej drogą asfaltową, można dojechać nad jeziorko Grosser Kutzowsee, gdzie się z resztą udałem. Miejsce całkiem przyjemne i nawet plaża jest. Jednak dużo drzew naokoło tworzy mroczny klimat i przez to jest tam po prostu ciemno, więc przyjemność przebywania w tym miejscu spadła do takiej sobie…

Śródleśny ośrodek kolonijny
Na leśnej betonowej drodze...

     Następne na trasie było już tylko Plöwen. Wieś typowa i przyjemna dla oka. Jedna główna ulica i domki wszelkiej maści. Były rudery, które są już chyba niezamieszkane. Były także nowe, klinkierowe wille, kryte strzechą, bo dachówka za tania… Plöwen przejechałem całe, wraz z niewielkim odgałęzieniami, aż w końcu mogłem zobaczyć punkt widokowy i sprawdzić, czy jest się czym zachwycać. Jest on faktycznie sprytnie schowany zaraz na wjeździe, chociaż mała tabliczka, że w ogóle tam jest też da się odnaleźć.

Nad Jez. Grosser Kutzowsee
 

     Wieża pozbijana z kilku bali wydaje się w miarę solidna. Wszedłem więc na górę i… cóż… czy widok był mega? Czy tylko średni? Zobaczyłem pole, w oddali pole, kawałek drogi i pole za drogą. Plöwen widać słabo, ale pole już lepiej… Widok nie urywa, nie powala i nic takiego. Nie powiem, fajnie że jest, bo mogłoby tam nic nie być. Ale żeby się fascynować jak niektórzy… Na dole jest tablica z mapą najbliższego regionu. 

Plöwen - nowa zabudowa
Najstarsi mieszkańcy...















Plöwen
     Kolejna wioska zaliczona i kolejny raz widzę, że warto. Nie chodzi już o samą jazdę na rowerze, bo to zawsze warto. Chodzi raczej o sprawdzenie każdej, nawet najmniejszej dziury na mapie, bo może kryć w sobie widoki, których nie znajdzie się nigdzie indziej, w bardziej – wydawałoby się – cywilizowanych miejscach.
     
Punkt widokowy
A oto i widok...












     No cóż, to chyba tyle na zakończenie sezonu. Nie licząc małych rajdów po lesie, wycieczki czas odłożyć do wiosny!

Poniżej jeszcze ślad z google maps. Nie było dokładnie tak. Raczej podobnie, ale nie wszystkie ścieżki da się tam zaznaczyć. Generalnie fajny pomysł na krótki wypad na rower przy braku dużej ilości godzin...


Ślad wycieczki dzięki uprzejmości google maps...







środa, 23 listopada 2016

Pierwsza w Polsce świecąca ścieżka rowerowa



     Czego to ludzie nie wymyślą, można rzec… 

       Pierwsza w Polsce ścieżka rowerowa, która nocą oddaje nagromadzone światło słoneczne jest już dostępna dla rowerzystów. Nawierzchnia świecącej ścieżki rowerowej zawiera tzw. luminofory. To specjalne substancje syntetyczne, które „ładują” się za pomocą światła dziennego, a następnie nocą emitują nagromadzoną energię. W ciągu dnia ścieżka rowerowa ma natomiast kolor niebieski. Chodziło o stworzenie optymalnej kompozycji kolorystycznej z pobliskim jeziorem i naturą, a także, w głównej mierze, o bezpieczeństwo wszystkich uczestników ruchu.

     Ta wyjątkowa innowacja powstała w pobliżu Lidzbarka Warmińskiego, na szlaku prowadzącym nad Jezioro Wielochowskie. Świecąca ścieżka nie potrzebuje żadnego dodatkowego zasilania – jest w zupełności samowystarczalna, ekologiczna i co najważniejsze, poprawia bezpieczeństwo rowerzystów.
 

      Materiał, z który posłużył do budowy ścieżki jest w stanie oddawać światło przez ponad 10 godzin. Oznacza to, że przez całą noc ścieżka emituje energię świetlną i ponownie gromadzi ją następnego dnia, bez konieczności wspomagania dodatkowymi źródłami energii. Podobna ścieżka funkcjonuje już na przykład w Holandii, ale ta w Polsce w przeciwieństwie do rozwiązania holenderskiego nie wymaga żadnego dodatkowego zasilania.

      
     Działanie materiału, z którego powstała ścieżka, związane jest ze zjawiskiem luminescencji. Polega ono na pochłonięciu promieniowania elektromagnetycznego z obszaru widzialnego, ultrafioletu lub podczerwieni. Pochłonięta energia jest następnie emitowana w postaci światła, na ogół o energii mniejszej niż energia światła wzbudzającego. 
Kask w kształcie fryzury ludzika z LEGO, świecąca ścieżka rowerowa…

Ciekawe, co następne…?

poniedziałek, 21 listopada 2016

Relacja z wyprawy - "Dookoła Karkonoszy" na stronie Crosso!

      Nastał ten dzień, kiedy tzw. promowanie produktu przyniosło oczekiwane rezultaty. Firma Crosso, której chciałem raz jeszcze podziękować, umieściła moją relację z wypadu do Czech na swojej oficjalnej stronie w zakładce "Podróże po Europie" z adresem bloga, odsyłającym na niniejszą stronę. 

Cóż dodać... dla mnie super!

sobota, 5 listopada 2016

Wyprawa dookoła Karkonoszy - Czechy... cz.2



          Nazajutrz obawiałem się nieco o zmęczenie organizmu dniem poprzednim, ale o dziwo czułem się znakomicie. Ponadto słońce dawało o sobie znać od samego rana. Buty, które ani trochę nie wyschły, postanowiłem wystawić na zewnątrz w miejscu, gdzie akurat najmocniej padały promienie słoneczne. Zdało to egzamin. Po dwóch godzinach były suche. Śniadanie skończyłem ok. godz. 10:00, po czym szybko opuściłem pensjonat, cały czas mając w myślach najcięższy podjazd, jaki czekał mnie tego dnia. To granica na Przełęczy Okraj – Mala Upa – 23km podjazdu i wjazd na wysokość 1046m n.p.m. 
          Mijając kolejne wioski, mijałem również sklepy, w których miałem zamiar zakupić kilka butelek czeskiego piwa. Jednak dziwnym trafem do żadnego sklepu nie trafiłem. Po zapoznaniu się z cenami w miejscowych barach, szybko doszedłem do wniosku, że lepiej degustować na miejscu. Ostatni przystanek zrobiłem tuż za miejscowością Mlade Buky.
Za barem siedział facet, który nie marnował czasu na wpatrywanie się w ściany. Kiedy wszedłem, nawet mnie nie zauważył, bo zajęty był graniem na gitarze i próbą zarejestrowania swojej twórczości na komputerze. Nadal nie byłem pewien swoich sił w mierzeniu się z podjazdem, który mnie czekał. Zamawiając piwo wspomniałem mu o tym. Wtedy on najpierw wskazał na kufel, a następnie na rower i powiedział: „Ty to wypij i na hore to jede samo”. Prawdziwy muzyk. Bratnia dusza. Potem wrócił do grania, jakby mnie tam w ogóle nie było…
Horni Mala Upa
Horni Mala Upa

          Szybko przystąpiłem więc do próby zdobycia szczytu. Podjazd był długi, ale dosyć łagodny, przynajmniej w stosunku do tego, czego się spodziewałem. Mniej więcej w połowie zrobiłem jeszcze postój na zebranie sił i rozciąganie mięśni. Poza tym wcale nie było tak do końca pod górę, bo zdarzały się i zjazdy. Mimo, iż pogoda zrobiła się absolutnie piękna tego dnia, ja nadal nie miałem hamulców. Znowu więc hamowałem butami, chociaż na suchej nawierzchni było to o wiele skuteczniejsze.
Górski klimat Karkonoszy
ZASTAVKA - Przystanek autobusowy
Tuż przy granicy - Pomezni Boudy
Wreszcie dojechałem do granicy. Horni Mala Upa, ponad kilometr przewyższenia. Ostatni posiłek w Czechach tego dnia, zjadłem w dobrze znanej mi z czasów dzieciństwa restauracji  Pomezni Bouda. Później ostatni rzut oka na Czechy i zjazd w kierunku Kowar. W tym miejscu nastąpiła szybka weryfikacja zagrożenia, jakim było nieposiadanie hamulców. Po prostu czekał mnie spacer z rowerem jakieś 15km w dół drogi, albo wjazd w przepaść. Fatalna, wąska i kręta nitka nie dawała mi szans. Postanowiłem więc zdobyć się na desperacki krok. Miałem jeszcze trochę hamulca przedniego. Używać się go bałem, ale specjalnie wyjścia też nie było. Naciągnąłem trochę bardziej linkę i po kilku testach, powoli zjeżdżałem na dół. Nie było tak źle, ale od tamtej pory nie wybieram się nigdzie dalej bez zapasowego kompletu klocków. Do Jeleniej Góry dotarłem po południu, notując łącznie 160km pętli wokół Karkonoszy. Zaliczone! Czas planować następne wyzwania. Jazda po górach jest świetna, a zmieniająca się pogoda… cóż, jest częścią każdej wyprawy! 
          Po powrocie do domu oddałem rower do serwisu, gdzie jak się okazało oprócz hamulców trzeba było wymienić łańcuch, kasetę tylną i podregulować napęd. Po dwóch dniach odebrałem naprawioną i odświeżoną maszynę. Świetnie, można było planować kolejne drobne wyjazdy, kończące tegoroczny sezon.      

Ślad dzięki uprzejmości Google Maps...

                                                             












sobota, 29 października 2016

Wyprawa dookoła Karkonoszy - Czechy... cz.1



          Dlaczego Karkonosze? Może dlatego, że z tytułu posiadania rodziny w tamtych okolicach, jeździłem tam od dziecka. Najpierw jako pieszy turysta, potem jako narciarz. Nigdy jednak na rowerze… Ponieważ jak już powszechnie wiadomo, lubię trasy formować w pętle, żeby nie wracać z miejsc docelowych po swoich śladach, planując objazd Karkonoszy, oczywistym było wytyczenie na mapie czegoś w rodzaju okręgu, chociaż śladowi mojego przejazdu do kręgu sporo brakowało. Planowałem to od dawna. Mało tego, nie planowałem tego wyjazdu sam… co więcej, zaczął się niespodziewanie tak oddalać w czasie, że pewnego dnia straciłem nadzieję czy w ogóle uda się do niego doprowadzić. Na szczęście udało się, chociaż nie do końca tak, jak sobie wymyśliłem. Po pierwsze, musiałem jechać sam. Mój kilka miesięcy wcześniej poznany towarzysz okazjonalnych wycieczek rowerowych był bardzo chętny na wyjazd, ale plany nieco pokrzyżowały inne czynniki, o których nie trzeba wspominać. Ja się jednak zaparłem. Trafił się akurat tydzień, kiedy mogłem skorzystać z kilku dni urlopu i bez stresu pojechać do Czech z rowerem. Czech, które znałem jeszcze z czasów szczelnych granic, słodkich Lentilków i dużego Rizka z frytkami, który podobno kosztował grosze… Co prawda moje upodobania smakowe od tamtej pory się nieco zmieniły, ale przekonałem się, że ceny nadal bardziej zapraszają niż odstraszają. Jak dobrze, że Czesi nie zdecydowali się na przyjęcie waluty EURO. Wydawanie koron, jakoś mniej doskwiera…
Polana Jakuszycka
          Kiedy już wiedziałem, że wyjazd dojdzie do skutku, wytyczyłem szybko trasę i rozpocząłem pakowanie. W sumie, to miały być tylko dwa dni, więc za dużo nie było potrzeby ze sobą zabierać. W sakwach był jeszcze luz, ale planowałem zaopatrzyć się w kilka rodzajów czeskiego piwa i przywieźć je ze sobą do domu. Plan oczywiście spalił na panewce, (a wszystko przez niskie ceny w barach i restauracjach), ale nie uprzedzajmy faktów. Za pomocą sieci, zarezerwowałem pokój w pensjonacie. W grę wchodził jeszcze namiot, jednak cena noclegu ze śniadaniem w okolicach 8 EUR przekonała mnie, że nie potrzeba targać ze sobą zbędnego balastu. Wiedziałem już, dokąd mam jechać. Pozostawało… jechać! Spakowałem zatem rower do samochodu (tak, do środka) i wyruszyłem. Z początku plan był taki, aby dotrzeć do Jeleniej Góry, bezpośrednio z samochodu wsiadać na rower i sterować na granicę w Jakuszycach. Na szczęście w porę zrozumiałem, że po to mam kilka dni wolnego, żeby bardziej rozłożyć sobie wyjazd w czasie. Ponieważ niezawodna rodzinka zapewniła mi nocleg i parking, po sześciu godzinach od wyjazdu z domu zjawiłem się u nich, meldując na wstępie, że… nie mam koron… Problem udało się szybko rozwiązać, chociaż nie zawsze jest to takie pewne. Okazuje się, że w rejonach przygranicznych często brakuje czeskiej waluty w kantorach. Po rozwiązaniu problemu walutowego, oddałem się rodzinnym, niczym nie skrępowanym dyskusjom o nieokiełznanej do tej pory szerokiej tematyce…
          Nazajutrz, ok. godz. 9:00, byłem gotów do drogi. Domownicy jeszcze spali, więc szybko zjadłem lekkie śniadanie i wyruszyłem na trasę. Nie pamiętam ile razy dzień wcześniej sprawdzałem prognozę pogody, ale nie zapowiadało się na to, co mnie spotkało niedługo przed granicą. Jelenia Góra także jeszcze spała, gdy wyjeżdżałem. Było to o tyle zrozumiałe, że dzień wyjazdu wypadał w sobotę. Szybko dotarłem do Piechowic, a następnie do Szklarskiej Poręby, skąd rozpoczęła się wspinaczka. I tak myślałem, że będzie gorzej. Jeżdżąc tamtędy samochodem kilka lat wcześniej, spodziewałem się ciężkich podjazdów. Tymczasem na Polanę Jakuszycką dotarłem w miarę bezboleśnie. Nie wiem czy to zasługa kondycji, czy też emocji i radości z samej jazdy w tamtych miejscach. Na Polanie zjadłem drugie śniadanie, kiedy to nadciągnęła mgła i zaczęło lać. Wiedziałem, że pogoda w górach potrafi się często zmieniać, ale tym razem nie chciała. Postanowiłem szybko przekroczyć granicę, żeby nie myśleć o odwrocie. Jak już będę w Czechach, rzecz jasna będę kontynuować… Do granicy było jeszcze lekko pod górę, a potem już tylko ostry spadek. Jechałem pod wiatr. Deszcz, z każdą minutą się nasilał, atakował mnie od przodu. W niesamowitym tempie nabierałem prędkości. To głównie zasługa obciążonego sakwami roweru i sporego nachylenia terenu. Kilka sekund i na liczniku 50km/h. Po chwili zaczęło zarzucać tyłem, więc dawałem po hamulcach. Kiedy zwolniłem do 15km/h, zwalniałem manetkę i pozwalałem, aby rower znowu się rozpędzał. Jednak nie na długo. Ponownie po kilku sekundach licznik pokazywał 50km/h, a ja z trudem łapałem równowagę. Myślałem wtedy o Szwecji, kiedy jechałem pod wiatr i jednak dałem radę. Teraz też nic nie mogło mnie zatrzymać. Jak się okazało, zatrzymać się było wyjątkowo ciężko, bo hamulce V-brake zanim dotarłem do Harrachova były kompletnie zużyte… a Harrachov to pierwsza miejscowość za granicą. Tam też ubrałem się cieplej. Wykręciłem płaszcz przeciwdeszczowy i ruszyłem w dalszą drogę… w dół. Następne były Rokytnice nad Jizerou i Jablonec, gdzie uczyłem się jeździć na nartach jakieś dziesięć lat wcześniej. Tym razem jednak wioski narciarskie spływały wodą. Cały czas jechałem wzdłuż rzeki Jizera i zastanawiałem się, czy szosa, po której jadę nie ma aby na swojej powierzchni więcej wody. Kiedy dotarłem do Vrchlabi, przyszedł czas na dłuższy postój. Zjadłem kolejny posiłek i odnotowałem, że za około godzinę powinienem być na miejscu. Zbliżała się godz. 14:00. Deszcz nieco zmalał. Dziękowałem sobie za wybór opcji noclegu w pensjonacie, a nie w namiocie. Chowałem się co rusz na przystankach autobusowych, żeby przeczekać większe nasilenia deszczu. Jak na ironię, mimo iż moja trasa prowadziła raczej w dół, czyli w większości były to zjazdy, wyczekiwałem czegoś zupełnie przeciwnego. Ogarniał mnie pełny spokój, kiedy widziałem przed sobą kolejny podjazd… nawet jeśli był spory. Nie miałem przecież hamulców. Dlatego każdy zjazd był katorgą. Co chwilę bowiem musiałem osuwać się na ramę i mocno obciążony rower hamować… butami!!! Nie było innego sposobu. 
Pension Baron
      Wreszcie dotarłem do miejsca noclegu. Pension Baron oferował pokój z łazienką, wi-fi, mały bar, salę telewizyjną i coś do jedzenia na ciepło oraz – co najważniejsze – bezpieczne miejsce na przechowanie roweru. Szef obiektu okazał się bardzo rozmownym i uczynnym człowiekiem. I tu znowu przekonałem się, że Czechy to był dobry wybór. Ja mówiłem po polsku, on po czesku i rozumieliśmy się doskonale. Oczywiście obaj używaliśmy prostego języka i „drukowanych” liter w wymowie, aby na pewno się zrozumieć. Jednak dzięki tym zabiegom porozumiewaliśmy się bez problemu. Nareszcie zjadłem Smażony ser, wypijając przy tym dwa kufle pysznego czeskiego piwa. Po odstawieniu roweru w bezpieczne miejsce, postanowiłem sprawdzić stan mojego ekwipunku. Obawiałem się najgorszego. Deszcz nie dawał za wygraną przez całą drogę. Wyszło tego dnia jakieś 80km. Po przekroczeniu progu pensjonatu nie miałem na sobie suchego punktu. Woda z butów tryskała na boki przy każdym zetknięciu się z powierzchnią podłogi. A jednak… z sakw wyjąłem suche rzeczy na przebranie. Z powodu poru roku, czyli lata, wszystko co mokre musiałem suszyć na wieszakach korzystając z przeciągu z pokoju. Jednak to, co miałem zapakowane było idealnie suche. Zrozumiałem, że dobry sprzęt, to nieodzowna część każdej wyprawy, tak jak i pogoda…. Jakakolwiek by nie była! Patrząc w tamtej chwili na deszcz za oknem, po sześciu godzinach spędzonych w siodełku, pozostało tylko się z tego śmiać… Ponieważ gości było niewielu i wszyscy szybko kończyli dzień, do późnych godzin wieczornych rozmawiałem z kierownikiem obiektu o sprawach bieżących i trochę dalszych. Wreszcie, ok. godziny 22:30, postanowiliśmy pójść spać.

Serce Pensjonatu Baron

 


piątek, 21 października 2016

Nadal wstydzisz się jeździć w kasku?

     Jak w tytule... Ile osób nie lubi jeździć w kasku? Tego dokładnie nie wiadomo, bo nikt nie jest w stanie takich badań przeprowadzić. Ja osobiście staram się go nie zdejmować podczas jazdy rowerem, chociaż w bardzo upalne dni nieco mi przeszkadza. Zamieniam go wtedy na czapkę z daszkiem. Chociaż jeździ się wygodniej, to uczucia pozostają mieszane. Ileż to już artykułów, dyskusji i opinii przeczytałem na ten temat... Większość kwitowana była stwierdzeniem, że kask w sumie tak naprawdę przecież nie chroni, więc po co go zakładać? Jeżeli nie posiadamy wersji full-face do ekstremalnego rowerowania, z chwilą, gdy lecimy przez przednie koło na twarz kask zdaje się niewiele nam pomoże. Ok, jak lecimy na głowę, to można się tak obrócić (jak wystarczy czasu), żeby to kask pierwszy spotkał się z przeszkodą, a nie kawałek tej głowy. Zdaje to egzamin zwłaszcza przy upadku na tył głowy. Kask amortyzuje nam wówczas np. uderzenie o krawężnik. Osobiście jestem za jazdą w kasku, chociaż za wiele innych szczególnych funkcji ochronnych się nie dopatrzyłem. No, może poza siatką z przodu w otworach wentylacyjnych. Ja mam akurat taką wersję. To niby ma chronić przed żarliwymi owadami, żeby nie wplątały się we włosy i nie użarły nas w głowę. Widocznie ktoś tego doświadczył, skoro zostało to wprowadzone do obiegu.   
     A co z tymi, którzy rezygnują z jazdy w kasku, bo najzwyczajniej się wstydzą w nim pokazać? To jest dopiero argument... Dla takich mam przykład kasku, dzięki któremu przemyślą sprawę raz jeszcze. Każdy, kto myśli, że wygląda w kasku nie jak człowiek, może spróbować przymierzyć najnowszy model pewnej dwójki architektów i wyglądać jak... ludzik z LEGO... Chyba osobiście wolę tradycyjne kaski...

 

     Jak się okazuje, kask przypominający włosy ludzika LEGO na pierwszy rzut oka wydaje się żartem, marketingową zagrywką lub kolejnym gadżetem,  ale za jego powstaniem stoją jak najbardziej poważne badania i troska o bezpieczeństwo młodzieży. Twórcy projektu, Simon Higby i Clara Prior, pracujący na co dzień w duńskim i szwedzkim oddziale agencji reklamowej DDB, przeprowadzili ankietę, z której wynika, że 44 proc. dzieci nie używa kasków podczas jazdy na rowerze, a co 5 godzin któreś z nich doznaje urazu głowy na skutek upadku. Lego-kask ma pomóc w poprawieniu tych statystyk, gdyż zdaniem pomysłodawców, dzieci znacznie chętniej będą zakładały takie zabawne i estetyczne ochronne nakrycie głowy, niż zwyczajny kask. Widać dzieci postrzegają obciach na głowie nieco inaczej... Na razie powstał jeden prototypowy egzemplarz kasku. Duńska firma MOEF, która pomogła we wcieleniu w życie projektu, użyła do tego drukarki 3D. Sądząc po wielkim zainteresowaniu internautów takim kaskiem, możemy spodziewać się seryjnej produkcji.

 I co? Nadal się ktoś wstydzi jeździć w kasku...?

    
.

sobota, 15 października 2016

Wyprawa do południowej Szwecji cz.3


       Nazajutrz, zjedliśmy wspólne śniadanie. Chłopaki poszli do szkoły, pierwsi klienci zabiegów upiększania ciała zaczęli się zgłaszać, więc nie chcąc przeszkadzać napełniłem bidony i małe butelki wodą z kranu i sterowałem do wyjścia. W Szwecji można taką wodę  spokojnie pić, w czym utwierdził mnie jeszcze gospodarz. Żegnając mnie, zapraszał ponownie do siebie, chociaż oboje wiedzieliśmy, że więcej raczej na siebie nie trafimy. Tak czy inaczej, było to miłe z jego strony. Opuszczałem Malmö i prawie do miejscowości Alstad wracałem niemalże po swoich śladach. Nie sądziłem tylko, że tego dnia zobaczę tyle interesujących rzeczy na swojej trasie. Na szczęście nie wiało już tak mocno jak poprzedniego dnia, a jeśli już, wiatr miałem w plecy, więc jechało się świetnie. Krótko przed Alstad odbiłem na południe i drogą nr 108 podążałem w kierunku Trelleborga. 

Autostrada rowerowa nr 108 do Trelleborga




Co jakiś czas słońce przesłaniały chmury, ale było to nieporównywalnie lepsze niż jazda w pełnym słońcu czy strugach deszczu. Wiatr prawie uniemożliwiał jazdę, ale żar lejący się z nieba i wypełnione po brzegi sakwy to też niebyt dobre połączenie. W Trelleborgu zatrzymałem się na drugie śniadanie obok przystanku autobusowego. Przegryzając kanapkę obserwowałem jak miasto powoli się budzi. Z nowym zapasem sił podążałem w stronę centrum i potem w kierunku Ystad, drogą wzdłuż deptaku przechodzącego przez środek miasta. Wąskie uliczki z charakterystyczną skandynawską niską zabudową. Tak w skrócie wygląda Trelleborg. Aby nie łamać przepisów, niektóre odcinki (podobnie jak na starówce w Malmö) lepiej pokonać piechotą. Spacerując wzdłuż ulicy z rowerem przy boku, dostrzegłem niecodzienną rzeźbę z brązu - kilka pań ściśniętych na małej powierzchni zasłoniętych prawie w całości parasolkami, po których nieustannie spływała woda. 

Efekt jest naprawdę niezwykły, gdyż nieruchoma rzeźba wydawała się być w ruchu.

Opuściłem Trelleborg i pojechałem na wschód piękną, asfaltową ścieżką rowerową wzdłuż drogi nr 9. Po lewej pola, po prawej Bałtyk, ale od tej drugiej strony i co dziwne, nie wiało tak mocno, mimo bliskości morza. O krajobrazie południowej Szwecji można powiedzieć jedno, o czym już wspomniałem wcześniej. Jest po prostu nudny. Jednak pośród pól uprawnych co jakiś czas napotykałem na pewne smaczki. Urokliwe wioski, kryły w sobie małe i ciekawe dla oka niespodzianki. Przystanie jachtowe, gdzie żaglówki tworzyły specyficzny klimat tych miejsc, chociaż niekiedy trzeba było zatkać nos, bo obecność świeżo złowionych ryb na stacjonujących kutrach dawała o sobie znać. W Smygehamn czekała mnie niespodzianka. Zostawiłem na chwilę rower i na pieszo zwiedzałem okolicę. Tak oto znalazłem się na Smygehuk, czyli najbardziej na południe wysuniętym punkcie Szwecji. Super! Dalej na południe już nie da się dotrzeć. Na tarasie widokowym oczywiście drogowskaz, wskazujący kierunki i odległości do kilku europejskich stolic. Kilka metrów dalej natrafiłem na kopiec nagrobny o wysokości 2,5m z epoki Brązu.  

Kamienna budowla była w rzeczywistości ogromnym piecem, gdzie  palono ciała zmarłych. Przy wyjeździe z przystani był jeszcze jeden punkt, który przyciągał moją uwagę. To pomnik dzikiej gęsi Akki z bajki pt. ”Cudowna podróż”. Ktoś pamięta tą bajkę???. Fotografowałem zasłużoną gęś i naszła mnie refleksja, na ile istotna musi być Akka w kulturze Szwedów, że doczekała się pomnika. 

Podążając wciąż w kierunku wschodnim, z każdym kilometrem coraz bardziej  zazdrościłem miejscowym infrastruktury rowerowej. W pewnym momencie minąłem coś, co wyglądało na fragment ściany starego kościoła. Znajdowała się ona tuż przy drodze dla rowerów, a zaraz za nią już tylko urwisko i w dole plaża. Niestety nie mogłem doczytać po jakiej budowli jest to pozostałość, gdyż z tabliczki informacyjnej na statywie pozostał jedynie… statyw. Na myśl przyszła mi jedyna ocalała ściana kościoła w Trzęsaczu po polskiej stronie Bałtyku. Resztę świątyni w Polsce zabrało wdzierające się w ląd morze. Czymkolwiek była ta szwedzka budowla, spotkał ją podobny los. 

Uliczka w Ystad
Przystań jachtowa Smygehamn
Czasami jadąc przed siebie i skupiając się na drodze, można nie zauważyć tego, co kryje się tuż obok miejsca, przez które akurat przejeżdżamy. Kiedy myślami korzystałem już z uroków nadmorskiej plaży w Ystad, dojeżdżając do Svarte przejechałem obok kilkunastu kamieni, nie zwracając na nie specjalnej uwagi. Nagle pomyślałem: Ales stenar i dałem ostro po hamulcach. W tył zwrot i okazało się, że miałem rację. Kamienie ustawione w kształcie zbliżonym do prostokąta to Disa Ting – czyli Ales Stenar w pigułce. W tym przypadku archeologowie byli już bardziej pewni, że napotkane kamienie to forma grobowca z epoki Brązu. Mało brakowało, a ominąłbym tak interesujący obiekt. Po chwili ruszyłem na plażę, bo jak tu być po drugiej stronie Bałtyku i nie skosztować kąpieli… przynajmniej do kostek. Na więcej nie mogłem sobie pozwolić, bo woda była tak cholernie zimna, że po trzech sekundach zdrętwiały mi palce. Wybrałem więc ponadgodzinny odpoczynek na plaży, kiedy to odtworzyłem sobie w myślach cały dotychczasowy przebieg mojej wyprawy. Po godzinie i kilkunastu minutach czułem się lekko zmarznięty. Słońce, które wciąż wysuwało się bądź chowało za chmurami mówiło mi, że robi się późno, a przede mną jeszcze zwiedzanie Ystad. Wcześniej nie udało mi się zwiedzić miasta, więc teraz postanowiłem zajrzeć w samo serce, czyli na Starówkę. Ystad w porównaniu do Malmö jest bardzo małe. To w zasadzie wieś, no może małe miasteczko z burmistrzem. Także Stare Miasto jest proporcjonalnie mniejsze, chociaż wcale nie ma się czego wstydzić. Wąskie, często brukowane uliczki wśród starej i niskiej kolorowej zabudowy tworzą tam ciekawy klimat. Jednak kiedy dotarłem do serca rynku, czar prysł. Budynki zasłonięte przez rusztowania w wyniku prowadzonych prac konserwacyjnych, przywoływały na myśl wielki plac budowy. Szybko opuściłem to miejsce. Przejeżdżając obok klasztoru i kierując się bardziej do centrum, minąłem całkiem duży park. Wtedy też skojarzyłem, ze przecież byłem akurat w mieście Wallandera. Kto zna serial z komisarzem-alkoholikiem w roli głównej? Po chwili dojechałem również do budynku posterunku lokalnej policji - miejsca, w którym nagranych zostało wiele scen z tego filmu. Adresu, pod którym mieszkał filmowy Wallander jednak nie znalazłem. Żaden budynek z wyglądu nie przypominał tego z filmu… 
Ostatni punkt podróży stanowiły działa armatnie, które dumnie tkwiły przy głównej ulicy. Miały one bronić miasta przed Duńczykami, którzy w 1709 roku przybyli tam, aby je odbić, utraciwszy nieco 100 lat wcześniej. Dzięki ustawieniu armat udało się odeprzeć atak najeźdźców i to nie tylko w Ystad. Działa armatnie uratowały również klika innych miejscowości na szwedzkim wybrzeżu. Właściwie, to Ystad objechałem trzy razy. Czasu do promu było dosyć, a siedzenie na terminalu niezbyt mi się uśmiechało. Dopiero na  dwie godziny przed wypłynięciem do Świnoujścia sprawdziłem drogę dojazdową do promu i niechętnie udałem się na terminal, skąd niedługo przed północą opuściłem Szwecję.
Żal  było zostawiać za sobą  skrawek kraju, który od tak dawna chciałem zobaczyć. Z drugiej strony właśnie udało mi się to osiągnąć. Odwiedziłem kilka niezwykłych miejsc, jak Ales stenar, czy Smygehuk. Poznałem się także na fantastycznie zorganizowanej szwedzkiej infrastrukturze rowerowej. Mimo krótkiego pobytu po drugiej stronie Bałtyku, z niecierpliwością patrzę w przyszłość, aby kiedyś tam wrócić i spróbować zagarnąć trochę więcej terenu. Zobaczymy… Póki co południowa Szwecja na rowerze? Zdecydowanie tak! To coś z cyklu „Gorąco polecam”!

Sverige !!!
                   
                       Na koniec jak zwykle ślad dzięki uprzejmości Google Maps: