piątek, 26 sierpnia 2016

Witam wszystkich na moim blogu i przedstawiam… trochę historii…



Witam wszystkich na moim blogu i przedstawiam… trochę historii…

Dlaczego tu jestem? Raczej za namową innych niż z własnej inicjatywy. Kiedy pokazywałem znajomym zdjęcia z moich krótkich wypraw, każdorazowo padało pytanie, dlaczego nie założę bloga i nie podzielę się tym z szerszym gronem odbiorców? No dobra! W końcu uległem i postanowiłem spróbować. Od razu informuję, że jakość zdjęć w miarę upływu czasu stale się polepsza, z tytułu coraz to lepszego sprzętu do dyspozycji. Mnie osobiście nie są one potrzebne, bo mam w pamięci wrażenia z jazdy. Jednak aby wzbogacić opisy, fotki wydają się niezastąpione, dlatego tez gdzieś tam się pojawią. Od razu się przyznaję… fotograf amator ze mnie… kompletny!!! Proszę z tego tytułu o najniższy możliwy wyrok. Cały czas się doskonalę… Ale właśnie, to miała być strona o rowerach i szeroko pojętej cyklo-turystyce, zatem do rzeczy!!! 

Dlaczego spośród tak wielu atrakcji, jakimi można obdarzyć dziecko, żeby się nie nudziło i aktywnie spędzało czas u mnie wybór zawsze padał na rower? Nie wiem… Po prostu zawsze wybierałem rower. Cokolwiek było do zrobienia, do zabawy itp… zwykle padało na rower. Nie z konieczności, zatem raczej z wyboru. Zaczęło się chyba od Reksia… nie od psa z bajki, tylko takiego chyba 16-sto calowego rowerka, który miał jeszcze dodatkowo dwa kółka z boku dla ułatwienia złapania równowagi. To było coś około roku 1986… Potem było już tylko kółko z prawej strony. Wnioskuję z tego, że najpierw nauczyłem się skręcać w lewo, bo jak skręcałem w prawo, to prawe kółko mnie jeszcze podpierało. Kiedy wspomagacze nie były już potrzebne, przewinęło się kilka składaków typu no-name, montowanych z czego popadło u dziadka na wsi. W końcu, w wieku 8 lat dostałem swój pierwszy rower pseudo-szosowy o nazwie Sprint2, który miał pięć biegów z tyłu i kosztował okrągłe… 300 tyś. złotych. Mówimy tu o roku zdaje się 1989 lub 1990. Było zatem jeszcze długo przed denominacją, ale dostępność towaru jednak nie powalała. Był to wówczas rzadki okaz, ewenement na podwórku. Byłem z niego dumny, chociaż do czasu, kiedy ciągle trzeba było coś regulować i ustawiać. Oczywiście teraz zdawałby egzamin na szosie, mimo iż przerzutki ciągle się rozregulowywały, kierownica w stylu baranich rogów była niewygodna, a cienkie opony co rusz trzeba było łatać. Na szczęście jakieś pięć lat później otrzymałem swój pierwszy rower – zwany wówczas góralem – a tak naprawdę zwykły trekking marki Romet. Wtedy rower górski kojarzył się tylko z marką Scott. Jak górski, to Scott. Nie ma się co dziwić. Niewiele wiedzieliśmy o markach rowerów z Zachodu, a jak ktoś miał Scott`a, to był bogaczem, który mógł sobie pozwolić na posiadanie prawdziwego górala. Jak czytałem w jakimś czasopiśmie (a coś pisali chyba o tym w Bravo), że rowery górskie robią oszałamiającą karierę w Polsce, ale są dosyć drogie to cieszyłem się, że mam swój własny. Pisali tam także, że być może kumple z jednego podwórka złożą się na jakiś tańszy model… eeeee… jak to…??? Miałbym mieć rower z kimś na spółkę??? Oczywiście ani to nie był rower z prawdziwego zdarzenia, ani tym bardziej górski. Można rzec turystyczny na kołach o  wielkości 24 cali. 18 biegów to było marzenie, a dla mnie już wtedy codzienność, bo tyle miałem. 3 zębatki z przodu… to był wyczyn… Jednak Romet jak to ma do siebie, nie zdaje egzaminu na dłuższą metę, zwłaszcza jeżeli ktoś jeździ jak idiota, a ja do takich niewątpliwie należę. Wkrótce potem poszedł w odstawkę, a ja dosiadałem kolejny rower pseudo-górski mojej siostry marki oczywiście no-name, ale lepszy niż moje dotychczasowe. I tak dziwnym trafem stała się rzecz niesłychana. Rowery ciągle miały jakieś wady, które trzeba było korygować, naprawiać, usuwać itp. Miałem dosyć, a w życiu przyszedł czas, kiedy zająłem się zapuszczaniem włosów, słuchaniem muzyki, graniem na instrumentach i mniej zdrowymi rzeczami…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz