środa, 28 grudnia 2016

Wycieczka do Plöwen, Gellin i Ramin



     Ponieważ pogoda i nadmiar roboty od ponad miesiąca mnie nie rozpieszczały, to i wyjazdy znacznie straciły na sile. Ktoś zapomniał zakręcić prysznic tam na górze i właściwie co przeschło, to zaraz znowu zmyło. W dodatku co rusz łapałem jakiś katar, albo strzykanie w kręgosłupie dawało o sobie znać. Przez tydzień, to mnie w ogóle unieruchomiło… Tak czy inaczej, wszystko skupiało się przeciwko temu, żeby wyjechać gdzieś na rowerze. Kiedy jednak już się to udało, ponownie pojawiło się pytanie, dokąd? I w tym samym momencie przypomniałem sobie o kilku wpisach rowerzystów mi podobnych. Plöwen i wieża widokowa… Postanowiłem sprawdzić, czy krótko mówiąc nadal tam jest i czy nie jest przereklamowana, a raczej nie sama wieża, a widok z niej.
     Generalnie rzecz ujmując, zawsze, chociaż nie potrafię tego wytłumaczyć, interesowały mnie miejscowości leżące nieopodal głównej drogi. Najmniejsze pipidówy, które być może kryją w sobie coś, czego nie znajdzie się nigdzie indziej. Jak się okazało, tym razem także się nie myliłem. Ale po kolei…
Droga do Gellin

     Przekraczając granicę w Lubieszynie, kierowałem się na Plöwen. Coś jednak jest wcześniej, a konkretnie skręt w lewo do wioski Gellin. To przecież tylko kilometr od głównej szosy, więc nic tam pewnie ciekawego zastać nie można… Dlatego tam pojechałem… Na drodze wąskiej na jeden samochód, oczywiście musiał mnie minąć samochód… chyba jedyny, który tam tego dnia jechał… Za to po chwili dotarłem do Gellin. To urocze miejsce pełne wszelkiej maści owadów, które natychmiast po zwąchaniu człowieka chcą mu towarzyszyć w dalszej podróży. Trzeba szybko mijać te skupiska, bo są naprawdę irytujące. Mnie udało się wyswobodzić i już po chwili byłem znowu na szlaku, a konkretnie w kierunku na Schmagerow. Tam natrafiłem na mały kościół. O dziwo, można było coś o nim poczytać, bo informacja na tablicy przy wejściu widniała nie tylko o niemiecku, ale również po angielsku i polsku. Wokół mały, lekko zapomniany cmentarz i charakterystyczna dla niemieckich wiosek wszechobecna cisza. 

Kościół w Schmagerow
 
 
     Kilka minut później jadąc w kierunku Ramin, zatrzymałem się niedaleko przejazdu kolejowego i przekonałem się, że Niemcy naprawdę inwestują w kolektory słoneczne. To, co tam było, przypominało falujące morze kolektorów. Oczywiście wszystko za ogrodzeniem i pilnie strzeżone przez kamery. Jednak wrażenie pozostało. Polecam każdemu przy okazji, kto się tam zagubi… Dalej na trasie już tylko wymarłe Ramin, a w nim nic specjalnego, oprócz kierunku na Grambow i Sonnenberg, w którym kiedyś pytałem o drogę, bo sam się zgubiłem… Pora więc była zawracać, bo Plöwen zupełnie po przeciwnej stronie.


 


     Zawróciłem więc i dojechałem z powrotem do głównej szosy prowadzącej do Löcknitz. Postanowiłem przeciąć ją w poprzek i dalej kierować się leśną drogą w kierunku Plöwen. To był niezły wybór, bo droga w lesie jest wyłożona płytami, więc godna polecenia. Po ok. 2km dojeżdża się do jakiegoś ośrodka kolonijnego w samym środku lasu. Dalej drogą asfaltową, można dojechać nad jeziorko Grosser Kutzowsee, gdzie się z resztą udałem. Miejsce całkiem przyjemne i nawet plaża jest. Jednak dużo drzew naokoło tworzy mroczny klimat i przez to jest tam po prostu ciemno, więc przyjemność przebywania w tym miejscu spadła do takiej sobie…

Śródleśny ośrodek kolonijny
Na leśnej betonowej drodze...

     Następne na trasie było już tylko Plöwen. Wieś typowa i przyjemna dla oka. Jedna główna ulica i domki wszelkiej maści. Były rudery, które są już chyba niezamieszkane. Były także nowe, klinkierowe wille, kryte strzechą, bo dachówka za tania… Plöwen przejechałem całe, wraz z niewielkim odgałęzieniami, aż w końcu mogłem zobaczyć punkt widokowy i sprawdzić, czy jest się czym zachwycać. Jest on faktycznie sprytnie schowany zaraz na wjeździe, chociaż mała tabliczka, że w ogóle tam jest też da się odnaleźć.

Nad Jez. Grosser Kutzowsee
 

     Wieża pozbijana z kilku bali wydaje się w miarę solidna. Wszedłem więc na górę i… cóż… czy widok był mega? Czy tylko średni? Zobaczyłem pole, w oddali pole, kawałek drogi i pole za drogą. Plöwen widać słabo, ale pole już lepiej… Widok nie urywa, nie powala i nic takiego. Nie powiem, fajnie że jest, bo mogłoby tam nic nie być. Ale żeby się fascynować jak niektórzy… Na dole jest tablica z mapą najbliższego regionu. 

Plöwen - nowa zabudowa
Najstarsi mieszkańcy...















Plöwen
     Kolejna wioska zaliczona i kolejny raz widzę, że warto. Nie chodzi już o samą jazdę na rowerze, bo to zawsze warto. Chodzi raczej o sprawdzenie każdej, nawet najmniejszej dziury na mapie, bo może kryć w sobie widoki, których nie znajdzie się nigdzie indziej, w bardziej – wydawałoby się – cywilizowanych miejscach.
     
Punkt widokowy
A oto i widok...












     No cóż, to chyba tyle na zakończenie sezonu. Nie licząc małych rajdów po lesie, wycieczki czas odłożyć do wiosny!

Poniżej jeszcze ślad z google maps. Nie było dokładnie tak. Raczej podobnie, ale nie wszystkie ścieżki da się tam zaznaczyć. Generalnie fajny pomysł na krótki wypad na rower przy braku dużej ilości godzin...


Ślad wycieczki dzięki uprzejmości google maps...