wtorek, 16 lipca 2019

Wycieczka do Drawieńskiego Parku Narodowego


     Niedawno miałem okazję współpracować z instytucją o nazwie Drawieński Park Narodowy. Parków Narodowych u nas wiele, ale doświadczenie nakazało sprawdzić i ten. Wszedłem więc na stronę i dowiedziałem się, że jakieś szlaki mają do przejechania rowerem, konno, albo do przejścia pieszo. Ponieważ weekend zapowiadał się mało deszczowy, postanowiłem te szlaki wypróbować. Drawno i okolice słyną głównie ze spływów kajakowych, ale skoro na rower też zapraszają, to czemu nie…
     Do wyjazdu szykowałem się niemal cały tydzień. Trzeba było odkurzyć namiot i pozabierać jakieś duperele, żeby niczego na miejscu nie zabrakło. Jak zwykle, najwięcej to miałem narzędzi w razie awarii roweru w środku lasu. Spakowałem jednak wszystko co mogło być niezbędne i w piątek po pracy wyruszyłem w kierunku pola namiotowego w Drawnie. Podczas drogi tak niesamowicie padało, że ledwie wyjechałem z miasta a już zdążyłem zawrócić. Nie chciałem namiotu rozkładać w kałuży, więc noc była spędzona w domu. Wyjechałem następnego dnia o 6:00 rano, bo niebo w miarę się przetarło. Drawno nie jest daleko, więc po ok. 1,5h jazdy byłem na miejscu. Ośrodek PTTK został założony dawno temu i praktycznie od dnia założenia się nie zmienił. Klimat swojski, remont to hasło zakazane itp. Przynajmniej czułem się jak na dawnych koloniach, chociaż sanitariaty to mogli nieco odnowić… Z drugiej strony cały dzień człowiek w kiblach nie siedzi, a – co się nie zdarza – ciepła woda pod prysznicem była w cenie w wyznaczonych godzinach, więc dało się przeżyć.
 


     Namiot stanął na miejscu, rower został dociążony warsztatem, mapa Parku zakupiona wcześniej w Informacji Turystycznej też była, więc można było jechać. Park oferuje różną roślinność i zwierzynę. Przyznam jednak szczerze, niewiele z tego widziałem. Może na szlaku kajakowym jest tego więcej, ale też i nie o to chodziło. Przecież miały być kilometry…

     Do zrobienia na rowerze są trzy pętle o różnej długości i kolorze szlaku. Postanowiłem je połączyć ze sobą i zrobić jedną dużą pętlę tam, gdzie najdalej można szlakiem zajechać rowerem. Pierwsza była pętla Barnimie – niebieska. Przy okazji przyszło też pierwsze małe rozczarowanie. Spodziewałem się infrastruktury jak w Borach Tucholskich, czyli ścieżek faktycznie usypanych pod rower. W zamian za to napotkałem na drogi pół-asfaltowe czwartej kategorii, gdzie nikt rozsądny samochodem nie wjedzie i tylko piktogram roweru i kolor szlaku na drzewach utwierdzał mnie w przekonaniu, że wciąż jadę we właściwym kierunku. Kilka razy trzeba było intuicyjnie pojechać, żeby znaleźć następne oznakowanie. Jednak jest ono lepsze niż w Borach Tucholskich, bo bardziej gęste. Nie ma sytuacji, że na rozwidleniu nie wiadomo gdzie jechać i szlak pojawia się jakiś czas później. Jednak same drogi to mała tragedia. Pomyślałem, że w lesie będzie lepiej…
     Las z kolei to drogi raczej do konnej przejażdżki. Nie były uprzątnięte, nie były też utwardzone. Nic! Przekonałem się o tym na samym początku, kiedy najechałem na gałąź. Nie wiem jak to zrobiła, ale dała radę wkręcić się pod przedni błotnik i wyrwać go z zaczepów. Szybko się zatrzymałem i myślałem, że praktycznie to koniec jazdy. Na szczęście błotnik się wygiął, ale się nie złamał. Wystarczyło odkształcić go z powrotem, włożyć w zaczepy i jechać dalej. Dobrze, że szprych nie połamało… Kilkaset metrów dalej zobaczyłem jednak, że straciłem śrubę mocującą zaczep błotnika i trzeba było się ratować opaską elektryczną. W końcu po coś ten warsztat wiozłem.
     Szlak czerwony – Pętla Zatom – prowadził przez wzdłuż Drawy. Nie czuło się tej samotności, bo co chwilę widziałem w dole kajakarzy płynących po rzece i mijających powalone drzewa. Swoją drogą, te drzewa mają specjalną funkcję. Oprócz tego, że są przeszkodą na wodnym szlaku, regulują rzekę i są miejscem na tarło. Nie wiedziałem…
     Przez Drawno przebiegał kiedyś szlak handlowy, gdzie handlowano solą. Stąd też drogę na południe Parku nazwano Drogą Solną. Do dzisiaj nie wiem jak, ale nie trafiłem na nią. Jechałem cały czas czerwonym szlakiem i wyjechałem na szosę w kierunku miejscowości Moczele. Mogłem tam dojechać również Drogą Solną, ale po prostu na nią nie trafiłem. Może szlak czerwony gdzieś się rozwidla a mnie to umknęło. Tak czy inaczej po drodze wstąpiłem na stary cmentarz. Każda osada w tamtych stronach miała swój cmentarz. Był on budowany zawsze nieco na wzgórzu, żeby zmarli mieli lepszy widok na całą okolicę. Z kolei na nagrobkach pisano po niemiecku „Do widzenia”, jako znak, że niedługo znowu się spotkamy… Miejsce było dosyć przytłaczające, więc szybko je opuściłem.
     W Moczelach powróciłem na leśne szlaki i tak znalazłem się na szlaku zielonym – Pętli Głusko. Dopiero tam zorientowałem się, że gałąź z początku drogi przesunęła magnes na szprychach i licznik mi nie działa. Trzeba go było wyzerować i liczyć dystans jakby od nowa. Droga chwilami była mocno piaszczysta, że ze 3 razy „udało mi się” prowadzić rower, bo jechać się nie dało…. W międzyczasie zaczęło padać, ale las był tak gęsty, że praktycznie tego nie odczułem. Jadąc zielonym szlakiem dotarłem nad Jezioro Ostrowieckie. Tam szlak łączył się z żółtym szlakiem pieszym. Chciałem pojechać nim dalej, ale czytałem, że ktoś już kiedyś próbował i wzdłuż jeziora po prostu w niektórych miejscach nie da się pojechać rowerem… Postanowiłem nie ryzykować i zawróciłem do Głuska. Plan był, aby dotrzeć nad Jezioro Ostrowieckie i dotarłem. 
     Z powrotem to już praktycznie asfalt. Powrót przez Niemieńsko i Dominikowo. W międzyczasie ulewa. Po drodze widziałem na łące trzy ptaki, które jakby szukały pożywienia. Wyglądały jak czaple, ale czy były czaplami… tego już się nie dowiem. Kiedy zaczęło padać, stałem pod drzewem, które całkiem nieźle osłaniało szosę. Kiedy po jakimś kwadransie suchych miejsc na asfalcie ubywało, postanowiłem jechać dalej. Co za różnica czy jadę czy stoję… i tak moknę. Pompa była naprawdę solidna, ale ustąpiła niedługo potem. Na szczęście oprócz warsztatu w sakwach miałem również garderobę. Przebrałem się więc w suche ubrania i można było kontynuować jazdę. W Niemieńsku był do zobaczenia jakiś zamek, więc podjechałem bliżej. Okazał się ośrodkiem szkolno-wychowawczym, którego niestety zwiedzać nie można. Wiele jest w Parku miejsc, gdzie kiedyś coś było, a teraz pozostały tablice informacyjne i nic poza tym, np. „W tym miejscu w 1756r. stał młyn…”. Nie wiem czy już lepiej byłoby nic nie napisać… Wieczór spędziłem delektując się ciszą na pomoście.
     Następnego dnia zwiedziłem Drawno, a konkretnie pozostałości po Zamku Wedlów. Pozostały naprawdę dwa niewielkie fragmenty ścian. Zamek upadł po najazdach Szwedów a potem Rosjan. Szkoda, że nie zachował się żaden rysunek jak mógł wyglądać… chociaż teren mały jak na jakąś sensowną budowlę. Po spacerze postanowiłem jeszcze popedałować, ale tym razem po wodzie. Wynająłem rower wodny na godzinę i popłynąłem… Po godzinie pływania byłem bardziej wykończony niż po 6 godzinach poprzedniego dnia w siodełku. Siedzenia w rowerach wodnych się nie reguluje, więc i noga podczas wyprostu jest po prostu zgięta. To sprawia, że zmęczyłem się po kilkuset metrach pedałowania. Masakra jakaś. Następnym razem trzeba wziąć kajak… 
     Drawieński Park Narodowy na pewno warto odwiedzić, chociaż infrastruktura mogłaby być lepsza. Ogólnie jednak nie wypada najgorzej. Jest gdzie jeździć i można się zmęczyć. Czas jednak w miarę możliwości szukać nowych terenów… Ślad na mapie poniżej może nie do końca odpowiada prawdzie, gdyż wynika to z ograniczonych możliwości zaznaczania pozycji na Google mapie. Jednak wszystkie zaznaczone punkty były odwiedzone i dystans też się zgadza, więc przyjmuję to jako oficjalną trasę wycieczki.

Ślad dzięki uprzejmości Google maps…

 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz